Ciotka Koziołowa wychowuje Wilkowyje

Dział zawierający opowiadania napisane przez Ranczersów.
Awatar użytkownika
Milla-nowa
Moderator
Moderator
Posty: 1535
Rejestracja: 03 sty 2014, 20:42
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował(a): 767 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 505 razy
Kontakt:

18 maja 2014, 12:04

Kochani, postanowiłam cykl o Ciotce, który dotychczas ukazywał się w odcinkach w Ranczerskiej Gazetce, opublikować w jednym (przeznaczonym zresztą ku temu) miejscu. Poszatkowanie Ciotki na kawałki, oj przepraszam "Ciotki", nie służy opowieści, która jednak stanowi pewną zamkniętą całość.
Zatem tym, którzy z Ciotką nie mieli jeszcze do czynienia, a także tym, którym "Ciotka" przypadła do gustu, a nie zdołali przeczytać wszystkich jej części, dedykuję poniższą opowieść. Specjalną dedykację załączam dla szczególnie wnikliwych recenzentów tej historii: mc_flay i Marcina_24 (choć jego komentarz wcięło swego czasu razem z nim).

Jednocześnie informuję, że tym samym "Ciotka" znika z Gazetki, ostatni odcinek zostaje opublikowany tutaj, jako ostatni rozdział.

Ciotka Koziołowa wychowuje Wikowyje


Duda na dywaniku
Po długiej nieobecności w życiu Koziołów ponownie objawiła się Ciotka. Owa starsza dama, która była swego czasu postrachem plebanii i domu wójta, raczyła zniknąć zaraz po tym, gdy udało jej się doprowadzić braci do zgody. Co prawda ówczesna zgoda była tylko pozorna, niemniej niedługo zamieniła się w rzeczywistą.
Tym razem Ciotka zapowiedziała, że od czasu do czasu będzie wpadać do Wilkowyj przejazdem, bowiem akurat nieopodal mieszka wybitny uzdrowiciel, u którego Ciotka raz na miesiąc będzie się poddawać zabiegom leczniczym.
Halina właśnie serwowała szacownej Cioci kawusię w salonie, gdy do drzwi zapukał Fabian, mający pewną sprawę do pana senatora. Na widok starszej pani ukłonił się, wyciągnął rękę na powitanie i rzekł:
- Pani pozwoli, że się przedstawię, Duda, Fabian Duda jestem.
- Cham i prostak pan jesteś – sztywno odparła Ciotka.
Fabian, którego zatkało z wrażenia, niemal szeptem wydukał:
- Ale … czemu?
- Młody człowieku, młody a głupi, to nie wiesz, że do kobiety mężczyzna pierwszy ręki nie wyciąga? Tym bardziej starszej od niego kobiety!?
- Ależ ciociu… - próbowała wtrącić się Halina
- Milcz! Co za czasy, żeby taki chłystek – tu Ciotka gestem pełnym pogardy wskazała Fabiana - gołowąs i niedorostek nie wiedział, że to kobieta rękę mężczyźnie podaje, o ile zechce oczywiście. A póki nie poda, to niech młokos własne ręce trzyma przy sobie! I tak samo do przełożonego, czy starszych od siebie z ręką wyrywać się nie należy! To oni pierwszeństwo mają. A co do przedstawiania się, młody człowieku, to co najwyżej po ukłonie. Zrozumiano?!
- T…ta..ta.ta..tak jest! – wyjąkał Fabian stojąc na baczność.
- No! I żeby mi to było ostatni raz. A teraz - rzekła Ciotka nieoczekiwanie łagodnym, wręcz przymilnym tonem - mogę się z tobą młodzieńcze przywitać – i niczym hrabina, podała Dudzie końcówki palców do ucałowania.

Pietrek ofiarą
Któregoś dnia Ciotka postanowiła wybrać się do sklepu. Nie miała wielkiego wyboru, bo jak wiadomo, w Wilkowyjach sklep jest jeden. Z godnością podeszła do drzwi, otworzyła je, a tuż za nimi zobaczyła wychodzącego właśnie Pietrka.
- O mamuńciu, okropnie przepraszam – rzekł Pietrek cofając się w głąb przedsionka, usiłując przepuścić starszą damę.
Ciotka zmierzyła go surowym spojrzeniem od stóp do głów i ani drgnęła. Pietrek przycisnął się do ściany, wciągnął brzuch i gestem zaprosił ciotkę do wejścia. Ta zaś, niczym zamieniona w kamień, nadal tkwiła w miejscu, niewzruszona. Pietrek od tego wciągania brzucha bliski był już uduszenia, ale resztką sił wyrzucił z siebie:
- Jaśnie pani wchodzi!
Jaśnie pani rozejrzała się dookoła, z uwagą obejrzała sobie siedzących na ławeczce Stacha, Hadziuka i Solejuka, którzy jak oparzeni poderwali się, zdejmując przed damą czapki z głów, po czym wręcz z obrzydzeniem spojrzała na Pietrka.
- Długo tak pan masz zamiar wejście swoją mizerną osobą blokować? – spytała z godnością.
- Ależ, paniuńciu! Szanowna!– zawołał zdezorientowany Pietrek – toż ja paniuńci pirszeństwa ustępuję! Kurtularny naród tu je, kobity przodem puszcza!
Ciotka odwróciła się w kierunku ławeczki i wskazując palcem na Pietrka spytała obecnych:
- Wariat? Czy upośledzony?
Solejuk spojrzał na Hadziuka, Hadziuk na Japycza, ten zaś na starszą damę.
- Ależ droga pani! Toż to nasz przyjaciel, normalny zupełnie! On dobrze wychowany tylko chciał okazać się – kłaniając się odparł Stach.
- No proszę, a okazał się ignorantem zupełnym – powiedziała wyniośle Ciotka i zwracając się do Pietrka rzekła – To on nie wie, że w wąskim przejściu, autobusie, pociągu, czy windzie pierwszeństwo ma wychodzący? Zawsze i wszędzie, bez względu na płeć i pozycję? A czemu, wie?
Pietrek zaskoczony pytaniem zdołał jedynie pokręcić przecząco głową.
- Otóż, po to, aby dama, jak na przykład ja, nie musiała się ocierać o rozmaitą brudną odzież, że o ciele nie wspomnę, tylko mogła swobodnie wejść, nie przeciskając się.
Na te słowa Pietrek jak oparzony wyskoczył ze sklepu, zaś Ciotka dumnie wkroczyła do środka.
- O mamuńciu, słyszeliśta wy kiedy o czym takim? – spytał Pietrek kompanów.
- Ni – odparł Solejuk - Ale cóś w tym musi być, bo jak inaczej by do pekaesa moja baba wlazła, jakby najpierw jeden z drugim nie wylazł?
- To napijmy się za tę lekcję savoir vivre`u – zaproponował Stach
- Czego? – zdziwili się chórem Solejuk i Pietrek
- A czy to ważne? Ważne, że napijmy się! - rzekł Hadziuk i wzniósł swojego Mamrota w górę, kończąc rozmowę.

Niespodziewana oferta
Co prawda Ciotka miała odwiedzać swojego uzdrowiciela raz na miesiąc, szybko jednak okazało się, że jej stan zdrowia wymaga znacznie częstszych zabiegów. Wizyty krewnej trwały już więc nie dzień, czy dwa, ale tydzień, a nawet dłużej. Odkąd na plebanii zamieszkało dwóch wikarych, z konieczności Ciocię musiał podejmować Paweł, łatwo zatem można się domyślić, że jej liczne i przedłużające się pobyty stanowiły istną udrękę dla jego żony. Tego dnia jednak Opatrzność najwyraźniej uznała, że Halinie należy się odpoczynek, bowiem zesłała zupełnie niespodziewanego gościa.
- Dzień dobry pani Senatorowo – powiedział Solejuk, mnąc czapkę w rękach – Ja do tej starszej pani, co to u państwa mieszka.
- Do cioci męża? A czegóż pan od niej chce? – ostro spytała Halina.
- A to już pani Senatorowa pozwoli, że ja jej sam powiem.
- Dobrze, wchodź pan, tylko grzecznie! Bo ciocia wyczulona jest! Chamstwo wyczuje na dwa kilometry. A pił coś?
- Nie! No gdzie, jak z wizytą taką miałem iść.
Ciotka siedziała wyniośle na kanapie i czytała jakieś czasopismo. Gdy Halina wprowadziła i przestawiła Solejuka, starsza dama spojrzała na niego przeciągle i powiedziała:
- O, pan? My zdaje się mieliśmy okazję już się widzieć?
- Tak, szacowna pani – nieśmiało odparł Solejuk. – Pod sklepem pani była łaskawa…
- Tak, tak, pamiętam tego waszego… koleżkę niedojdę. A co pana do mnie sprowadza?
Solejuk odwrócił się w kierunku Haliny, która wciąż stała w salonie, jakby chcąc sprawdzić, czy aby gość nie ma niecnych zamiarów. Ruchem głowy dał jej do zrozumienia, że wolałby, aby wyszła.
- No już, idę! A ciocia, jakby co, to woła, będę w kuchni – odrzekła Halina i wyszła.
- No więc proszę szacownej pani, bo ja taką sprawę mam – zaczął Solejuk, cały czas nerwowo targając w rękach czapkę.
- Człowieku, siądźże wreszcie, bo mnie już szyja boli od tego patrzenia w górę i powiedz, jak się pan nazywasz.
- Solejuk, proszę pani.
- A Solejuk to imię ma?
- Tak, Maciej, szacowna pani.
Ciotka przewróciła oczami i dość ostro rzekła:
- Panie, jak pan będzie po każdym słowie mówił "szacowna pani", to do rana mi pan nie wyłuszczy o co chodzi. A poza tym "szanowna"! "Szanowna", nie "szacowna", gdy się pan zwracasz do kogoś. No, a teraz mów pan wreszcie, co pana do mnie sprowadza.
- No bo szaco… proszę pani, ja mam zostać senatorem i ...
- Co takiego? - wykrzyknęła Ciotka i wybuchnęła śmiechem.
- No, co? Poważnie! W Krakowie. Pan przewodniczący mnie na listę wpisał i "jedynkę" dał! – odparł skonsternowany Solejuk.
- Naprawdę? To mój bratanek jest takim durniem? No, mniejsza z tym. Ma pan zostać tym senatorem i co ja mam z tym wspólnego – spytała wciąż rozbawiona starsza pani.
- No bo ja się nie umiem tego sawjuar wir! A to podobnież konieczne jest, jak ja już tym senatorem zostanę.
- Mówi się "savuar vivr" (savoir vivre). I tego się nie umie, tylko się to zna. To są po prostu zasady dobrego wychowania. W towarzystwie, przy stole, wśród ludzi, inaczej kodeks towarzyski. No dobrze, nie zna się pan i co?
- No i ja pomyślałem, że taka dama jak pani, to by mogła mnie pomóc się nauczyć. No tego sawuar wiwra.
Ciotka spojrzała uważnie na Solejuka, zastanowiła się przez chwilę i odparła:
- Wie pan co? Ja w sumie nie mam tu zbyt wiele do roboty, a muszę tu siedzieć, jak kołek, bo zabiegi mam co drugi dzień. Do domu jechać się nie opłaca, bo daleko, więc udzielę panu paru lekcji. Ot tak, dla rozrywki własnej.
Solejuk zerwał się na równe nogi, podskoczył do Ciotki, złapał ją za palce i ciągnąc jej rękę do góry, mocno ucałował pierścionek. Ta z obrzydzeniem otarła pierścionek chusteczką, a zwracając się do Solejuka, rzekła:
- No to pierwsza lekcja będzie taka – kobiety w rękę się nie całuje, tym bardziej gdy ona sama tej ręki nie poda. A jak poda, a mężczyzna staromodny, to on do ręki się pochylić musi. A jak już się pochyli, to zaledwie wolno mu musnąć, a nie cmokać obleśnie. Zrozumiał?
Czerwony jak burak Solejuk, przytaknął, że zrozumiał i nadal mnąc czapkę zaczął kierować się do wyjścia.
- Proszę przyjść jutro! O siedemnastej! Punktualnie! – krzyknęła za nim ciotka.
- Tak jest szaco… psze pani. Punktualnie. Jutro – wydukał Solejuk i kłaniając się, wyszedł.

Edukacja Solejuka
Punktualnie o godzinie 17.00 Solejuk stawił się na progu domu senatora. Otworzyła mu Halina.
- A proszę, ciotuchna już czeka – powiedziała, zapraszając do gestem do salonu.
- Witam pana. Proszę się nie rozbierać, bo od razu wychodzimy – powiedziała Ciotka, wyciągając rękę na powitanie.
Na wszelki wypadek Solejuk ograniczył się do uścisku, pamiętając ostatnią "lekcję grzeczności" i niepewnie spytał:
- A, przepraszam dokąd, jeśli można wiedzieć?
- Podobno restaurację tu jakąś macie?
- No – Solejuk z powątpiewaniem podrapał się po głowie – niby jest. Na szyldzie pisze, że restauracja.
- Nie "pisze", tylko "jest napisane".
- A jaka to różnica?
- Zasadnicza. Taka jak między "drapać" i "być podrapanym". Zdaje się, że pan na szyldzie nie piszesz? Tylko widzisz, co jest napisane, czy tak?
- Może i tak – zgodził się Solejuk, nie chcąc wchodzić w tę dyskusję.
- No, to w drogę.
Solejuk, chcąc dobrze wypaść, przepuścił damę przodem. Przy drzwiach Ciotka zatrzymała się. Siłą rzeczy zatrzymał się i Solejuk, choć niewiele brakowało, aby zdeptał kroczącą przed nim kobietę.
- No co tak stoi? Drzwi same się otworzą, czy jak?
- Ale co? – zająknął się Solejuk, ale naraz do niego dotarło, że aby damie wrota otworzyć, musi ją wyprzedzić. – Już, już, szaco… szanowna pani.
Gdy wyszli, Solejuk znów przepuścił ją przed sobą na schodach.
- Panie, przyszły senatorze podobno! Mężczyzna idzie w dół po schodach pierwszy!
- Żesz kurna… znaczy się, no! – zaciął się Solejuk - zawsze szłem, jak wyszło!
- Boże – zawołała Ciotka – pan najprostszych rzeczy nie wie! Mężczyzna idzie przed kobietą schodząc
w dół po schodach, albo wychodząc z autobusu, czy pociągu. Wychodzi pierwszy, aby jej pomóc wysiąść, a na schodach, aby pomóc, gdyby się potknęła. No i do diaska "szedłem", a nie szłem!
- No wiem, wiem, szedłem – odparł Solejuk z nutką zniechęcenia w głosie.

Gdy wreszcie dotarli do knajpy "U Japycza", Solejuk bez wahania rzucił się naprzód, by otworzyć damie podwoje przybytku. Ciotka weszła i zdębiała. Widok pijackich gęb nie był bynajmniej zachęcający.
- Pani wchodzi – ponaglił ją Solejuk – tu nawet pan senator Kozioł osobiście bywa.
Niezbyt uspokojona tym zapewnieniem Ciotka, zdecydowała się jednak zaryzykować. Wioletka, widząc tak zacnego gościa, wybrała stolik oddalony od stałych bywalców. Gdy zbliżyli się do stolika, Solejuk odsunął sobie krzesło i usiadł, ciotka zaś, zupełnie jak onegdaj przed sklepem, zamieniła się w kamień. Przyszły senator zorientował się, że znów coś zrobił nie tak, poderwał się więc i niepewnie spojrzał na Wioletkę. Ta zaczęła pokazywać mu na migi, co powinien zrobić.
- A! – zawołał odkrywczo, po czym podskoczył ku Ciotce i podsuwając jej krzesło, zaprosił by usiadła.
- No! Nareszcie – karcącym tonem powiedziała Ciotka – Mają tu jakieś menu?
- Że co proszę?
- Kartę! Kartę, gdzie są wymienione dania!
- A, to! To niepotrzebne jest, bo każdy wie, że są pierogi i te, no, trunki. A resztę to Wioletka mówi, jak kto zapyta – rzekł tonem bywalca Solejuk, rozsiadając się na krześle.
- To jakiś koszmar jest – stwierdziła Ciotka – No, ale trudno. Jak się nie ma, co się potrzebuje, to się korzysta z tego, co się ma. Niech Pan poprosi tę kelnerkę tutaj.
- Wioletkę znaczy? – upewnił się Solejuk, zupełnie jakby "U Japycza" obsługa liczyła najmarniej kilka osób.
Gdy Wioletka podeszła, starsza dama zapytała, co może jej polecić do picia
i zjedzenia.
- Są pierogi, schabowy, no i wątróbkę mogę usmażyć.
- Hm, niezbyt to zachęcające. A te pierogi to jakieś mrożone paskudztwo, czy …
- Jakie paskudztwo! – zirytował się Solejuk – toż to moja żona we firmie swojej własnemi ręcami lepi! Najlepsze pierogi na świecie!
- No, to prawda – potwierdziła Wioletka – nawet książkę kucharską napisała o tych pierogach.
- Skoro tak, to poproszę porcję. A pan jakieś dobre wino niech wybierze.
Wioletka słysząc to lekko przybladła.
- Lepiej może ja jakieś zaproponuję – powiedziała pośpiesznie.
- Nie, nie, moja droga – twardo oznajmiła Ciotka – pan tu jest, aby się uczyć, więc ma się nauczyć wybierać wina. Jakie wina zna? – spytała patrząc na swego partnera.
- Mamm…mamro…mam…
- Co pan tam mamroczesz?
- Mamrota…
Ciotka wybałuszyła oczy na Solejuka, po czym spojrzała na Wioletkę pytającym wzrokiem.
- No, takie wino on zna właśnie, Mamrot się nazywa – uprzejmie wyjaśniła Wioletka.
- Nie, no panie Solejuk! Toż to istna orka na ugorze! Pan podstaw nie masz, kindersztuby żadnej! – krzyknęła oburzona Ciotka i zwróciła się do Wioletki - Pani Wioletto, pani pozwoli te pierogi, bo skoro już tyle drogi zrobiłam, to skosztuję. A z panem co zrobić, pomyślę.
- A wino podać? – spytała Wioletka.
- Innym razem, moja droga.

Po tym męczącym spotkaniu Solejuk odprowadził towarzyszkę do domu, a że godzina była jeszcze wczesna, udał się pośpiesznie na ławeczkę, gdzie czekali na niego koledzy z kupioną zawczasu butelką Mamrota.
- Oj, chłopaki, na was zawsze można liczyć – stwierdził z ulgą, po czym markotnie wyznał – Nie idę na tego senatora. Koniec politycznej kariery – zaś widząc pytające oczy "ławeczki" dodał wyjaśniająco:
- Mamrota im nie wolno pić. Tym senatorom, znaczy.
- O mamuńciu – przeraził się Pietrek – to pewno dlatego tych synatorów je tylko setka! Nikt nurmalny na takie cóś pchać się nie będzie!
- Co prawda, to prawda, Pietrek – filozoficznie rzekł Stach – No, to twoje zdrowie Solejuk, żeś tego strasznego losu uniknął.
- Zdrowie! – odparł Solejuk, myśląc w duchu, że starszej pani kwiaty chyba kupi. W końcu gdyby nie ona, mógłby niechcący zostać tym senatorem, a to by dopiero była prawdziwa tragedia!

Duch Ciotki opętuje Halinę
Tego dnia Ciotka była nieobecna i Koziołowie mogli wreszcie odpocząć od jej męczącego towarzystwa.
- Mówię ci, chwilami miałam ochotę ją zabić – powiedziała do męża Halina, krzątając się po kuchni.
- Ty mnie o mojej własnej ciotce mówić tego nie musisz. Toż mój ojciec, odkąd ona wyszła za tego swojego generała, unikał jej jak ogień wody! A przecież to siostra rodzona jego.
- No! A ja z nią całymi dniami muszę siedzieć!
- No, nie całymi, nie przesadzaj, w urzędzie większość dnia siedzisz.
- Niby tak, ale zanim ty wrócisz z biura, to ja się z nią muszę męczyć.
- Oj, Halina, już tak nie narzekaj, codziennie nie siedzi.
- No, codziennie nie, ale jak już przyjedzie, to siedzi tydzień.
- Dobra, nie biadol tyle. Jak ci tak smutno, to może byśmy się koniaczku napili, co? Skoczę do salonu i przyniosę kieliszki.
- O, to, to! A jak już jesteśmy przy koniaczku, to twoja ciotka, wyobraź sobie, uświadomiła mi, że to co my pijemy to nie jest żaden koniaczek, tylko brandy.
- No, toż ja wiem, że to brandy, ale tak się mówi.
- No, wiesz, dla ciebie to tak się mówi, a dla niej to gigantyczna różnica! Z godzinę musiałam słuchać o tym jakimś mieście Cognac we Francji, co to tylko tam mają prawo koniak wyrabiać. Wszystkie inne koniaki to winiaki, albo z angielska brandy.
- To cię ciotuchna wyedukowała, widzę – roześmiał się Kozioł i wyszedł po trunek. Gdy wrócił, rozlał napój do kieliszków, sobie jak zwykle do pełna, a Halinie tyle, aby płyn przykrył dno.
- Jak lejesz tę brandy? – zawołała Halina – taki alkohol nie może sięgnąć połowy kieliszka!
- Oj, daj Halina spokój! Co ty mi tu teraz za drugą ciotkę zamierzasz robić?
- Ano, powiem ci, że co by o niej złego nie powiedzieć, to ona sporo wie. Czy ty wiedziałeś, że do ryby nie wolno podać dwóch widelców?
- Co ty powiesz? A mnie w młodości całe życie uczyli, że rybę się je dwoma widelcami!
- A widzisz! A teraz rybę się je specjalnym nożem, którym się tej ryby nie kroi, tylko mięso się od ości odsuwa.
- Patrz, tyle człowiek ryb zeżarł i pojęcia nie miał, że nieprawidłowo!
- No! A niedawno, jak zrobiłam na obiad spaghetti, to się przyczepiła, że jej dałam sam widelec.
- A co jej miałaś jeszcze niby dać do tych kluchów? Noża?
- Łyżkę! No to dałam jej tę łyżkę, położyłam - jak to łyżkę - na prawo od talerza, a tu się okazuje, że źle! Bo do spaghetti łyżkę się kładzie po lewej stronie.
- Ludzie to naprawdę problemów chyba innych nie mają, skoro ma być ważne, jak leży łyżka.
- Wiesz, może dla nas, tu w domu, to ważne nie jest, ale ty, jako senator, a kto wie, może i minister, zostaniesz kiedyś zaproszony na jakieś przyjęcie w ambasadzie, albo u samego prezydenta, a tam ci dadzą homara…
- Halina! Ty mnie tu horrorów na noc nie opowiadaj!
- No co? Karierę polityczną robisz, to wiadomo, gdzie się zaniesie? Czerepach mówił, że niżej wicepremiera nie schodzicie, a to już są szczyty! I kodeks dyplomatyczny będzie obowiązywał.
- Weźże mnie nie rozśmieszaj! Ja w tym sejmie tych posłów widzę! To takie same chłopy jak wszędzie, I wódę tak samo w tej sejmowej knajpie chleją, jak nasze miejscowe orły u Wioletki.
- A jak ciebie, jako tego wicepremiera, na przyjęcie jakiś inny wicepremier, dajmy na to z Anglii, zaprosi? A ty nie będziesz wiedział, że owoców, czy mięsa się na widelec nie nakłuwa, tylko się przytrzymuje przy krojeniu, a potem trzeba widelec odwrócić jak łyżkę, nałożyć to, co się nakroiło i dopiero brać do ust?
- Halina! Ty się chyba z głupim przez ścianę widziałaś!
- A właśnie, że tak jest! I posiłku nie wolno zaczynać, aż gospodyni nie zacznie. A ja całe życie myślałam, że to gość pierwszy ma zacząć.
- Na całe twoje szczęście nasi goście na arystokratycznych salonach się nie chowali, to też nie wiedzą.
- Nie byłabym taka pewna. Jak Klaudia kiedyś przywiozła tego, co to w CBA pracował, to on się dziwnie na mnie patrzył, jak go do jedzenia zachęcałam, a sama nawet nie usiadłam.
- Tfu! Nie przypominaj mi nawet – krzyknął Kozioł z obrzydzeniem – Ty chyba sobie dzisiaj za cel obrałaś, żebym ja w nocy oka nie zmrużył!
- Oj, tak tylko mówię, co się od tej ciotki twojej dowiedziałam przez ten czas, co tu była.
- Ale agentów CBA mi przypominać nie musisz!
- No już, dobrze – uspokajała męża Halina – ale tak na poważnie, to ci powiem, że tych zasad to z milion jest. A to, że sztućce, jak już raz do ręki weźmiesz, to nie mogą dotknąć obrusa, a to…
- Jak nie!? To niby co, cały czas mam je w rękach trzymać?
- No nie, można odłożyć, ale na talerz. Dopóki jesz, to nóż i widelec odkładasz na talerz pod kątem prostym względem siebie, a jak skończyłeś jeść, to równolegle do siebie, po skosie. Ale nie wolno noża i widelca opierać o talerz, tak żeby końcówkami dotykały obrusa. No i jeszcze mówiła, że pierwszy toast zawsze wnosi gospodarz i nie wolno mu tego robić przed przystawką, a najgorsze, że nie wolno wódką!
- Jak, nie wolno wódką!? To czym? – zdziwił się senator
- Szampanem, albo winem.
- Dużo ci ona jeszcze tych głupot nagadała? A ty oczywiście musiałaś wszystko zapamiętać.
- Jakie wszystko! Ty wiesz ile tego jest? Ona kiedyś tu z pół popołudnia tylko o tym ględziła. A ja nie mogłam tylko udawać, że słucham, bo oczywiście się co rusz upewniała, czy na pewno rozumiem, co do mnie mówi.
- Patrz, to ci gadzinę wyhodowała ta moja rodzina na własnym łonie.
Kozioł sięgnął po kieliszek, wychylił cały, nalał sobie drugi, zamyślił się, po czym powiedział:
- Halina, jak ty tak o tym wszystkim mówisz, to do mnie dociera, że ja zielonego pojęcia nie mam! Jak mnie kto zaprosi na takie zagraniczne przyjęcie to ja się zbłaźnię! Na durnia wyjdę!
- Mój ty biedaku – zasmuciła się Halina – Oj, nie będzie tak źle. Może ciotkę poprosimy, to cię poduczy?
- Zwariowałaś? Po moim trupie. Prędzej Czerepach. On tam nauki różne w tej Brukseli kończył, to na pewno wie, które frykasy czym i jak jeść.
- A w ogóle, czym się tak przejmujesz? – powiedziała Halina głaszcząc męża po głowie – nie tacy kariery polityczne u nas robili, to i ty dasz radę.
- Mówisz? No to zdrówko, pani wicepremierowo!

Światowe pretensje Haliny
Halina nerwowo krzątała się po kuchni, bowiem Ciotka znów raczyła zaszczycić dom senatorostwa swoją obecnością. Kozioła jak zwykle nie było w domu, więc obowiązki zabawiania gościa spadły na nią.
- Jak tam ciociu, ekspresso się ciocia napije? – krzyknęła Halina w kierunku salonu.
- Espresso! Tyle razy ci powtarzałam, espresso!
- Dobrze, espresso, to jak, napije się ciocia?
- Możesz zaparzyć - łaskawie zezwoliła Ciotka. – A na obiad co planujesz?
- Nie wiem właśnie, może lasagnę by ciocia zjadła?
- Lazanię, chyba?
- Napisane jest "lasagna"!
- Ale czyta się: lazania! Nie, dziękuję. Nie przepadam za włoską kuchnią.
- Za to za poprawianiem innych przepadasz – wysyczała Halina pod nosem, po czym wzięła kawę i zaniosła do salonu. - A może ja kordonble zrobię, co? – spytała gościa słodkim głosikiem.
Ciotka wybałuszyła oczy.
- Jakie znów kordonble? To jakaś wasza regionalna potrawa?
Halina nieco zdziwiona, że taka światowa dama nie wie, co to kordonble, pośpieszyła z wyjaśnieniem:
- No, to taki kotlet schabowy, tylko nadziany szynką i serem.
- Cordon bleu! Kotlet szwajcarski! I nie schabowy, tylko z cielęciny. Ostatecznie z piersi z kurcząt.
- No, to nie wiem. To może ja normalne schabowe zrobię, bo akurat nie mam ani cielęciny, ani kurcząt! – zirytowała się Halina.
- Co za prymitywne gusta panują w tym domu! – wyniośle stwierdziła Ciotka – jak nie golonka, to schabowe, albo jakieś niedorobione włoskie wymysły. Żeby to to jeszcze wiedziało, jak się co nazywa… – dodała patrząc lekceważąco na gospodynię.
Halina rozzłościła się.
- Ja sobie wypraszam, żeby mnie ciocia w moim własnym domu krytykowała!
- A ty się tak nie unoś, z dobrego serca krytykuję! Jak się ma, moja droga, pretensje do światowej kuchni, to wypadałoby przynajmniej wiedzieć, co się gotuje.
- Ależ ciociu! Ja nie mam przecież żadnych pretensji do nikogo!
- Boże, i jeszcze słów nie rozumie. I to żona senatora! – westchnęła ciota, załamując ręce.
- Niby czego ja nie rozumiem!? – krzyknęła na dobre już rozzłoszczona Halina.
- No i tłumacz takiej, jak nawet nie wie, że znaczeń słowa może być kilka. A co do obiadu, to nie rób sobie kłopotu. Przejdę się do pani Wioletty na pierogi. Trzeba przyznać, że bardzo dobre ma.
- No i dobrze, krzyżyk na drogę. Roboty mniej. Klaudia w Lublinie, Paweł w Warszawie, to i gotować nie ma dla kogo, a ja mogę odgrzewane jeść – odparła zirytowana senatorowa.
Po wyjściu Ciotki, Halina z trudem próbowała się uspokoić.
- Co za paskudny babsztyl – szeptała do siebie – Panie Boże, powstrzymaj mnie, żebym jej któregoś dnia nie zabiła zwyczajnie. I o co jej chodzi z tymi pretensjami? Że ja niby czego nie rozumiem?
Siedziała tak jeszcze przez chwilę, rozpamiętując swój ciężki los, po czym tknięta odkrywczą myślą, zawołała:
- Witebski! No tak! Oooo, nie będzie mi się tu więcej ciotuchna sadzić!

Gdy Halina z impetem wparowała do mieszkania Witebskiego, ten wydał się być nieco przerażony takim bezceremonialnym wtargnięciem.
- Czym mogę służyć, pani senatorowo? – spytał z respektem.
- Panie, ja normalnie tę ciotkę męża zabiję po prostu. No, wezmę siekierę, poćwiartuję i spalę w kominku. Albo w ogródku zakopię! – oświadczyła od progu.
Skonsternowany Witebski usiłował odgadnąć, jaki też miałby być jego udział w tych czynnościach.
- Przepraszam, a ode mnie czego łaskawa pani oczekuje? – spytał ostrożnie.
- Co? – z roztargnieniem spojrzała na niego Halina – A, pan! Tak. Pan może mi pomóc.
Tomasz nieco zesztywniał wobec tej propozycji współudziału w zbrodni.
Halina spojrzała na jego przybladłe oblicze i zreflektowała się.
- Ojej, przepraszam. No, taka jestem roztrzęsiona, że nie wiem, co mówię. O polski chodzi.
- A, o polski! – z ulgą odetchnął Witebski. – W takim razie, w czym mogę pomóc?
- Chodzi o pretensje. Znaczy, że ja mam pretensje do kuchni. Tak mi ciotka powiedziała i jeszcze, że znaczenia słów nie rozumiem. No, a ja żadnych pretensji do kuchni nie mam!
Tomasz spojrzał zaskoczony na gościa, niewiele rozumiejąc z tego wywodu.
- Ale do jakiej kuchni?
- Do światowej!
- A, chyba rozumiem. Tu zdaje się nie chodzi o pretensje w znaczeniu żalu, czy urazy, tylko… jakby to powiedzieć… o pretendowanie?
- Pretendowanie? – wytrzeszczyła oczy Halina
- No tak. Można mieć pretensje przykładowo do elegancji, czy wyższych sfer. To znaczy, że ktoś sam siebie uważa za należącego do takich sfer.
- Czyli jak ciotka mówi, że ja mam pretensje do światowej kuchni, to o co jej chodzi?
- O to, że pani senatorowa, w swojej ocenie, taką kuchnię prowadzi. – delikatnie wyjaśnił Witebski.
- Jak to "w swojej ocenie"? Jak robię lasagnę, to znaczy przepraszam, lazanię, albo kordonble, to chyba to jest światowa kuchnia!
- No tak, ale jeśli się pani nie obrazi, to chciałbym zwrócić uwagę, że nie wystarczy potrawy umieć zrobić, ale ważne jest także, aby je prawidłowo nazywać.
- To znaczy? –spytała nieco zagniewana Halina
- Hm… pani senatorowo, jeśli pani poda kotleta de volaille, ale zamiast powiedzieć "de wolaj", powie pani "de wuala", to się pani skompromituje, czy tak?
- No!
- No właśnie. I podobnie należy dbać o nazywanie innych dań, jak lazanii, czy cordon bleu. Mało to może ma wspólnego z językiem polskim, co prawda, ale powiedzmy, że chodzi o pewną kulturę językową.
- No, pan profesor to tak umie wszystko pięknie powiedzieć, że nawet jak człowiek się dowiaduje, że do tej pory głupi był, to mu przyjemnie. Dziękuję i przepraszam, że zajęłam czas – ucieszyła się Halina, po czym wyszła równie szybko, jak się pojawiła.
- Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie – rzekł po chwili do drzwi, wciąż nieco ogłuszony Tomasz, po czym dodał z refleksją – Jakie to życie polonisty czasem potrafi być zaskakujące….

Fortel księdza Macieja
Ciotka siedziała tego dnia sama w domu bratanka. Halina i jej mąż wyjechali bowiem do Warszawy, załatwiać jakieś partyjne sprawy, a Klaudia jak zwykle przebywała w Lublinie. Brak w otoczeniu osób, które można byłoby skrytykować, najwyraźniej Ciotce nie służył. W tej sytuacji postanowiła sobie poprawić humor porcją pierogów w restauracji "U Japycza".
Gdy zbliżała się właśnie do wejścia, drzwi przybytku otworzyły się z impetem, a z wnętrza wytoczył się niezupełnie trzeźwy Wargacz. Na widok damy zatrzymał się, a następnie zrobił krok w tył. Ciotka już miała wytoczyć artylerię, w postaci lekcji na temat przepuszczania dam w drzwiach, gdy Wargacz cofnął się, obejrzał za siebie, po czym stanął, zmarszczywszy czoło, najwyraźniej nękany jakąś myślą. Stał tak jeszcze przez chwilę, jakby wahając się, czy ma zamiar wrócić do środka, czy też wyjść, jednak nagle jego oblicze rozjaśniło się, a na twarzy ukazał się uśmiech zadowolenia. Chwiejnym krokiem ruszył naprzód, naparł na drzwi i przytrzymując je, zaprosił damę do środka.
Niezbyt zadowolona z tego obrotu sprawy Ciotka minęła go, skinąwszy głową w podziękowaniu i weszła do restauracji.
- O, dzień dobry pani – powitała ją uprzejmie Wioletka – zapraszam do stolika – powiedziała, wskazując stół, przy którym Ciotka zwykłą siadać, ilekroć wpadała na pierogi.
- O, wolne? – spytała zdziwiona.
- Ależ oczywiście! Odkąd szanowna pani raczyła zaszczycać nas swoją obecnością, zawsze pilnuję, aby ten stolik był wolny w porze obiadowej – zapewniła Wioletka, podsuwając gościowi krzesło.
- Bardzo to miłe – rzekła Ciotka tonem, który świadczył o czymś zupełnie przeciwnym. – Jakie mamy dziś pierogi?
- Właściwie to wszystkie. Ze szpinakiem tylko nie mam, pani Solejukowa nie zdążyła z farszem.
- To może jakieś konkretniejsze zjem, ruskie może?
- Bardzo proszę.

Po posiłku, któremu niestety niczego nie dało się zarzucić, Ciotka stwierdziła, że wybierze się do Radzynia. Autobus podjechał akurat, gdy dochodziła na przystanek. Kierowca uprzejmie zaczekał, aż dama zdąży dojść do drzwi i spokojnie wsiąść. Wewnątrz wszystkie miejsca siedzące były zajęte, więc Ciotka zaczęła się uważnie rozglądać, w poszukiwaniu jakiejś - najlepiej młodej - osoby, którą mogłaby nauczyć moresu. Niedaleko spostrzegła mężczyznę, na oko dwudziestoletniego, który tak był zajęty zabawą swoim telefonem komórkowym, że najwyraźniej świata poza nim nie widział. Ciotka chrząknęła i zaczęła przedzierać się w jego kierunku. Ten jednak, jak na złość, zauważył ją i natychmiast wstał, ustępując miejsca.
- Dziękuję – zimno rzekła Ciotka.
Dotarła do Radzynia, przeszła się na targ i do kilku sklepów, jednak niczego ciekawego tam nie znalazła. W tej sytuacji postanowiła wrócić do domu. Na przystanku zobaczyła Pietrka, którego onegdaj uczyła kultury przy wejściu do sklepu pani Więcławskiej. Ten, gdy ją zobaczył, w pierwszej chwili chciał umknąć, ale doszedł do wniosku, że nie wypada. Podszedł zatem do damy, zdjął z głowy barwny kapelusz, ukłonił się, po czym rzekł:
- Witam, szanowną panią, pani pozwoli, że przedstawię się, Patryk Pietrek jestem. Pani szanowna zapewne pamięta, przy sklepie pani Więcławskiej widzieliśmy się.
Ciotka czekała przez chwilę, aż ów człowiek z gminu pierwszy wyrwie się z rękę na powitanie, nic takiego jednak nie nastąpiło. Pietrek stał przed nią na baczność, trzymając ręce przy sobie.
- Koziołówna – odparła chłodno Ciotka, podając mu niedbale końcówki palców.
- Koziołówna? – spytał Pietrek z pewnym zdziwieniem.
- Z domu. Moje nazwisko po mężu – generale niewiele panu powie. Jestem krewną senatora Kozioła.
- A to się wie, szanowna pani, szanowną panią wszyscy we wsi znają!
W tym momencie podjechał autobus. Pietrek przepuścił damę w wejściu, po czym minął ją i sprawnie znalazł dwuosobowe miejsce. Wskazał, aby usiadła pierwsza i zajął miejsce obok niej. Gdy już dojechali do Wilkowyj, Pietrek wstał i ruszył przodem. Ciotka miała jeszcze nadzieję, że może przepuści ją przy wyjściu, ale niestety, Pietrek wyszedł z autobusu przed nią, a następnie podał jej ramię, aby mogła się na nim wesprzeć wysiadając. Jego nienaganne zachowanie popsuło Ciotce humor do reszty. W tej sytuacji postanowiła odwiedzić drugiego bratanka, proboszcza.

Zbliżającą się do plebanii starszą damę zauważył przez okno ksiądz Robert.
- O rany, ciotka proboszcza tu idzie! Maciej, w żadnym razie nie otwieraj drzwi!
- A czemu? – zdziwił się wikary, który nie miał jak dotąd do czynienia z rodziną księdza.
- To babsztyl gorszy od diabła, Boże, wybacz mi te słowa! – panikował Robert. – Proboszcza nie ma, a pod jego nieobecność ona będzie się pastwiła nad nami. Tylko Michałowa umie z nią rozmawiać, ale akurat teraz musiała się wybrać do lekarza, jakby innej pory nie było.
- No, ale nie wiedziała przecież – próbował nieśmiało wytłumaczyć gospodynię Maciej.
Te przepychanki słowne przerwał dzwonek u drzwi. Robert rzucił się w kierunku swojej sypialni i zamknął się w niej na klucz, pozostawiając kolegę samego na placu boju. Ksiądz Maciej gorączkowo myślał, co by tu zrobić, gdy dzwonek dzwonił coraz to bardziej uparcie.
Zniecierpliwiona brakiem jakiegokolwiek odzewu Ciotka, zaczęła walić w drzwi pięścią. Nagle odpowiedział jej dziwny, jakby dziecięcy głosik:
- Prose pani, prose tak nie walić Ja i tak nie otwoze, bo mi nie wolno.
- Halo!? A kto tam jest? – spytała Ciotka, zdumiona obecnością jakiegoś dziecka na plebanii.
- To ja, Maciuś. Wnucek siostry pana Stacha Japyca.
- Maciuś? A gdzie ty jesteś, ja ciebie nie widzę?
- Tutaj – firanka przy przeszklonych drzwiach plebanii lekko się uchyliła, a na wysokości klamki dało się zauważyć czyjeś oko i mały fragment blond włosów.
- A co, ty jesteś sam w domu, chłopczyku?
- Tak, bo pani Michałowa posła do doktora, a probosc wyjechał do Lublina.
- A wikary? – zdenerwowała się nieco Ciotka, do której wieści o dwóch wikarych na szczęście jeszcze nie dotarły.
- Pan wikary dopiero co posedł udzielać ostatniego namascenia.
Ostatnie namaszczenie rzadko kiedy bywa planowane, zatem Ciotka dała wiarę słowom chłopczyka, iż to wskutek splotu okoliczności pozostawiono tak małe dziecko samo w domu. Zrezygnowana pozdrowiła malca i odeszła od drzwi, o które z drugiej strony opierał się, siedząc na podłodze, spocony jak mysz, ksiądz Maciej.
- Maciek, jak ci się udało jej pozbyć – spytał Robert, zauważywszy przez okno znikająca za furtką krewną proboszcza.
- Oj tam, wazne, ze sobie posła – odparł Maciej cienkim głosikiem, po czym odchrząknął i oznajmił – Będę się musiał szybko wyspowiadać. Chodź do kościoła, bo proboszczowi nawet na spowiedzi się nie przyznam.

Tymczasem Ciotka w fatalnym humorze wróciła do domu, do którego zdążyli też dotrzeć Halina i Paweł.
- O, ciocia? I jak cioci minął dzień? – spytała słodko Halina.
- Koszmarnie! To jakaś straszna miejscowość te Wilkowyje! Z nikim słowa zamienić się nie da! Całe szczęście, moja kuracja niedługo się kończy i jeszcze tylko raz będę tu musiała spędzić parę dni. Więcej moja noga tu nie postanie!

Wilkowyje wychowują Ciotkę
Po tym, gdy wystawa obrazów Kusego w Londynie odniosła wielki sukces, a jeden z bardziej znanych światowych krytyków sztuki kupił jeden z nich do swojej prywatnej kolekcji, Lucy postanowiła wydać kameralne przyjęcie dla osób, które w przeszłości w jakiś sposób przyczyniły się do obecnego sukcesu jej męża. Zaprosiła więc Jerry'ego, Kozioła z Haliną i proboszcza, jako pierwszych nabywców dzieł swojego męża. Poza tym wśród gości znaleźli się: Witebski z Francescą, Wioletka wraz z mężem oraz Czerepachowie. Monika, która również była zaproszona, z pewnych – znanych skądinąd - względów odmówiła uczestnictwa.
Lista gości wydawała się być zamknięta, gdy nagle okazało się, że akurat następnego dnia rano Ciotka proboszcza i senatora ma umówioną wizytę u swojego uzdrowiciela, będzie więc nocowała w Wilkowyjach.
W tej niezręcznej sytuacji Halina chciała odwołać swój udział w imprezie, ale Lucy nawet nie chciała o tym słyszeć i kazała jej przyjść wraz z krewną.

Gdy wszyscy zasiedli przy stole, Ciotka zaczęła z wielką uwagą przyglądać się swoim sztućcom.
- Jemu coś jest, temu nożu? – zapytała Lucy.
- Nie, skąd – odparła starsza dama – jedynie źle leży.
- Jak źle leży? pokrzywiony jest? – z niepokojem dopytywała Lucy
- Nie, po prostu został źle ułożone na stole – odparła Ciocia – powinien być położony za łyżką, a jest przed.
Lucy, która nie zwykła przywiązywać wagi do drobiazgów, odparła z właściwą sobie bezpośredniością:
- A, Dorotka pomagała Kinga nakrywać - wyjaśniła. - Niech pani noża dobrze przełoży i wszystko w porządku będzie.
Nieco zaskoczona starsza dama uczyniła, co jej zaproponowano i przez jakąś chwilę nie zajmowała obecnych swoją osobą. Ale, do czasu. Najpierw zauważyła, że do wody podano eleganckie szklanki, zamiast specjalnych kielichów, a podczas nalewania trunków ze zgrozą podniosła, że gospodarz przyniósł już odkorkowane butelki, zamiast je otwierać przy gościach.
Halina na przemian czerwieniła się i bladła, a Francesca spojrzeniem zapytała Lucy, czy aby nie należy dać Cioci lekcji, podobnej do tej, jakiej onegdaj udzieliła Monice, gdy ta zbytnio zachwycała się jej ówczesnym narzeczonym, a dziś mężem, Witebskim. Lucy, skrywając śmiech, dyskretnie zaprzeczyła głową i udawała, że nic się nie dzieje.

Kinga jednak tak tolerancyjna jak Lucy nie była i nie zamierzała być. Gdy szacowna Ciocia raczyła stwierdzić, że łyżeczki do kawy należy podawać na spodeczku od filiżanki, a nie obok niego, niepostrzeżenie wyszła z salonu i wróciła z Dorotką. Na zdziwione spojrzenie Lucy odparła, że chciałyby z Dorotką zadeklamować zgromadzonym wierszyk. Goście z szacunkiem ucichli, a Kinga, w towarzystwie Dorotki, która niemrawo wtórowała przy niektórych fragmentach, wygłosiła utwór znanego, acz "kontrowersyjnego" poety, Jana Brzechwy:

Proszę pana, pewna kwoka
Traktowała świat z wysoka
I mówiła z przekonaniem:
"Grunt to dobre wychowanie!"
Zaprosiła raz więc gości,
By nauczyć ich grzeczności.
Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym
W progu garnek stłukł kopytem.
Kwoka wielki krzyk podniosła:
"Widział kto takiego osła?!"
Przyszła krowa. Tuż za progiem
Zbiła szybę lewym rogiem.
Kwoka gniewna i surowa
Zawołała: "A to krowa!"
Przyszła świnia prosto z błota.
Kwoka złości się i miota:
"Co też pani tu wyczynia?
Tak nabłocić! A to świnia!"
Przyszedł baran. Chciał na grzędzie
Siąść cichutko w drugim rzędzie,
Grzęda pękła. Kwoka wściekła
Coś o łbie baranim rzekła
I dodała: "Próżne słowa,
Takich nikt już nie wychowa,
Trudno... Wszyscy się wynoście!"
No i poszli sobie goście.

Czy ta kwoka, proszę pana,
Była dobrze wychowana?

Po tej deklamacji Halina zastygła w nieruchomym przerażeniu, a bracia Koziołowie zapatrzyli się w podłogę. Reszta towarzystwa siedziała sparaliżowana w absolutnej ciszy i przyglądała się, co też będzie dalej. Tymczasem szacowna Ciotka głęboko westchnęła, otarła usta serwetką, po czym wstała i podeszła do Kingi.
- Młoda damo – powiedziała niezwykle poważnym tonem – muszę przyznać, że udzieliłaś mi porządnej lekcji grzeczności, na którą – nie ukrywam – zasłużyłam. Ja już tak mam, że nie wolno mi się dać rozkręcić, ale zwykle nikt nie ma odwagi, aby mi się przeciwstawić. Ty miałaś. Chapeau bas, dziewczyno, rodzice muszą być z ciebie dumni.
Na te słowa Lucy, której oczy jakoś tak się spociły, nie wiedząc, czy ma się rzucić na szyję Ciotce, czy Kindze, po prostu wstała i powiedziała:
- Kinga i pani ciocia, super kobiety jesteście, Wasze zdrowie!
A Kusy dodał:
- Pani generałowo, zawsze wiedziałem, że mądra kobieta Kingę będzie umiała docenić. A teraz zapraszam na deser.
Po tym niespodziewanym akcencie atmosfera w dworku uległa całkowitej odmianie, a Ciotka – po zrzuceniu maski nieprzystępnej księżny - okazała się być błyskotliwą i dowcipną rozmówczynią, mającą w zanadrzu mnóstwo ciekawych anegdot, którymi zabawiała gości do późnej nocy.
Ostatnio zmieniony 18 maja 2014, 12:27 przez Milla-nowa, łącznie zmieniany 1 raz.
Obrazek

Awatar użytkownika
pablo
Osobowość forum
Osobowość forum
Posty: 2261
Rejestracja: 20 maja 2009, 16:43
Lokalizacja: Lublin
Podziękował(a): 491 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 541 razy

18 maja 2014, 12:24

Fajnie, że cała Ciotka jest w jednym miejscu. :) Ja jako redaktor naczelny przeważnie się nie wypowiadałem, ale przed publikacją oczywiście czytałem. No i ten cykl był po prostu GENIALNY :!: Doskonały klimat Rancza, można by wykorzystać te sceny w kolejnej serii, np Ciotka by przyjechała na jakiś czas i i co odcinek jedna scena z Twoich opowiadań. :)

Dla mnie chyba najlepszą częścią była "Edukacja Solejuka", wizyta Ciotki w knajpie, jak Solejuk chciał zaproponować Ciotce Mamrota. :rechot: :rechot: :rechot:

Deleted User 1816

18 maja 2014, 13:16

:płacze: :płacze: :płacze:
I to już koniec :zdziwiony: , jak tak można. Tak się nie robi. Tematów na ciotkę na pewno by nie zabrakło :( . Ale cóż, uszanujmy decyzję autorki. Chociaż ja osobiście jestem zdruzgotany. :płacze:
Powinienem wysłać do Warszawy jakiś patrol lub innych umyślnych, aby dopilnowali pisania kolejnych części. Troszkę niedobrze się stało że opublikowałaś to teraz i tutaj i do końca. Teraz nie zostało już nic, przedtem czekałem chociaż na ostatnią część - teraz zostało tylko :płacze: .

Co do ostatniej części - Geniusz. Należało się jej, chociaż tak to jest gdy niejako "bo nie wypada", nikt nie zwraca uwagi na zachowanie innych. Kinga dała jej popalić i to w jaki ciekawy sposób.

I na koniec
Ciotka Kozłowa - postać która będzie mi się kojarzyć z wychowaniem, i nie z tą serialową a z tą od Milla-nowa. W zasadzie to scenarzyści powinni wykupić prawa do tej historii i umieszczać ją w następnych sezonach - bo tego wątku oni sami tak doskonale nie poprowadzili.
Ostatnio zmieniony 18 maja 2014, 14:09 przez Deleted User 1816, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Milla-nowa
Moderator
Moderator
Posty: 1535
Rejestracja: 03 sty 2014, 20:42
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował(a): 767 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 505 razy
Kontakt:

18 maja 2014, 13:27

mc_flay pisze: Co do ostatniej części - Geniusz. Należało się jej, chociaż tak to jest gdy niejako "bo nie wypada", nikt nie zwraca uwagi na zachowanie innych. Kinga dała jej popalić i to w jaki ciekawy sposób.
Cóż, taka dama jak Ciotka powinna wiedzieć (i zapewne wie), ze nie ma większej gafy, niż wytknąć komuś (i to w obecności innych) jego gafę, nie mówiąc już o tym, że krytyka gospodarzy w ich własnym domu jest w ogóle niedopuszczalna. Pewna książęca para dyskretnie przemilczała fakt, iż prezydent jednego z nadbałtyckich krajów w roztargnieniu sprzątnął kieliszek księżnej sprzed nosa i sam się z niego napił, a ona w pośpiechu musiała znaleźć na stole inny napełniony. Na tym polega prawdziwe dobre wychowanie.
mc_flay pisze: I na koniec
Ciotka Kozłowa - postać która będzie mi się kojarzyć z wychowaniem, i nie z tą serialową a z tą od Milla-nowa. W zasadzie to scenarzyści powinni wykupić prawa do tej historii i umieszczać ją w następnych sezonach - bo tego wątku oni sami tak doskonale nie poprowadzili.
Kurna, będę chyba bogata :rechot:
Obrazek

Deleted User 3668

18 maja 2014, 13:30

Nie no, idealne zwieńczenie cyklu :!: :D Nie czytałem jeszcze wszystkiego (teraz, gdy już wszystko jest w jednym miejscu, przeczytam inne opowiadania w wolnej chwili ;) ), ale zakończenie jest mistrzowskie!!! W końcu postać tej, irytującej bądź co bądź, Ciotki została potraktowana przez autorkę z większym dystansem (co już w przedostatnim opowiadaniu dało się wyczuć). Brawo! I dziękuję za dedykację, naprawdę nie spodziewałem się takiego wyróżnienia :zdziwiony: :palce:

Awatar użytkownika
Milla-nowa
Moderator
Moderator
Posty: 1535
Rejestracja: 03 sty 2014, 20:42
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował(a): 767 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 505 razy
Kontakt:

18 maja 2014, 14:00

Marcin_24 pisze:Nie no, idealne zwieńczenie cyklu :!: :D Nie czytałem jeszcze wszystkiego (teraz, gdy już wszystko jest w jednym miejscu, przeczytam inne opowiadania w wolnej chwili ;) ), ale zakończenie jest mistrzowskie!!! W końcu postać tej, irytującej bądź co bądź, Ciotki została potraktowana przez autorkę z większym dystansem (co już w przedostatnim opowiadaniu dało się wyczuć). Brawo! I dziękuję za dedykację, naprawdę nie spodziewałem się takiego wyróżnienia :zdziwiony: :palce:
Dziękuję za uznanie :zadowolony:
Na dedykację zasłużyłeś, w lot zauważając już wcześniej, że wymowa "Ciotki" jest podwójna. Z jednej strony "wychowuje", a z drugiej... no właśnie. Ciebie drażniła, bo miała drażnić. A wszystko od początku zmierzało do tego właśnie zakończenia. Stąd postanowienie o wydaniu jednak w całości, bo ktoś, kto przeczytałby np. tylko ostatni rozdział, nie miałby tej całej zabawy. :)
Obrazek

Deleted User 1816

18 maja 2014, 14:07

Milla-nowa, właśnie dziękuję za dedykację, chociaż nie wiem doprawdy czy na nią zasłużyłem, ale to bardzo miłe.

Awatar użytkownika
Milla-nowa
Moderator
Moderator
Posty: 1535
Rejestracja: 03 sty 2014, 20:42
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował(a): 767 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 505 razy
Kontakt:

18 maja 2014, 14:10

mc_flay pisze:Milla-nowa, właśnie dziękuję za dedykację, chociaż nie wiem doprawdy czy na nią zasłużyłem, ale to bardzo miłe.
A to już pozwól, że "złota Ciotka" będzie oceniała. Wiesz, że z nią to żartów nie ma ;) :czapka:
Obrazek

Deleted User 1816

18 maja 2014, 14:13

Oj, wiem. Jednak nie tylko Kinga jest tak odważna, więc Ciotka też za pewnie się niech nie czuje. Osobiście odczuwam niedosyt, chociażby konkretniejszej odpowiedzi na zadane onegdaj przeze mnie pytanie.
Co Ona na to?

Awatar użytkownika
Milla-nowa
Moderator
Moderator
Posty: 1535
Rejestracja: 03 sty 2014, 20:42
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował(a): 767 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 505 razy
Kontakt:

18 maja 2014, 14:20

mc_flay pisze:Oj, wiem. Jednak nie tylko Kinga jest tak odważna, więc Ciotka też za pewnie się niech nie czuje. Osobiście odczuwam niedosyt, chociażby konkretniejszej odpowiedzi na zadane onegdaj przeze mnie pytanie.
Co Ona na to?
Chodzi ci o zwracanie się od Solejuka per "Jakie wina zna?". No trudno, żeby Ciotka na przyjęciu odwaliła samokrytykę w zakresie całokształtu. Ostatni rozdział pokazał, że kluczem jest poszanowanie innych, choćby i popełniali gafy, a każdy czytający musiał sobie zdawać sprawę, że lekceważenie rozmówcy nie jest w dobrym tonie.
Obrazek

ODPOWIEDZ