Ekipa Rancza wspomina L. Niemczyka

Forum poświęcone pamięci Leona Niemczyka.
Awatar użytkownika
admin
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 1148
Rejestracja: 15 gru 2006, 17:42
Lokalizacja: M@zowsze
Podziękował(a): 371 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 714 razy
Kontakt:

29 lis 2008, 13:54

Wojciech Adamczyk o Leonie Niemczyku

Leon Zawodowiec

Zawsze, kiedy wspominamy Leona Niemczyka mówimy, że odszedł wspaniały aktor. Może nie z tej niebiańskiej perspektywy, jaką roztoczył niedawno zmarły Gustaw Holoubek, ale na uznanie i dobre słowo z pewnością zasłużył. Miał przydomek nadany przez kolegów – „Leon Zawodowiec”. To właśnie podejście do pracy, gotowość, umiejętność znalezienia się w każdej sytuacji przed kamerą, to jest to, czym zapracował na miano swoistej wielkości. W kontekście mojej pracy z największymi polskimi aktorami, on był inny, specyficzny. Był mistrzem drugiego planu. Takich ról zagrał najwięcej, chociaż w jego kinematografii znajdziemy również role wielkie. Takie jak w „Nożu w wodzie”. Dzisiaj kiedy cierpimy na brak najrozmaitszych autorytetów on mógł stanowić wzór dla każdego młodego aktora jak należy zachowywać się na planie. Jak pracować, być przygotowanym, godzić życie prywatne z filmowym. Kiedy mam do czynienia z aktorami, którzy przychodzą na plan nieprzygotowani, z nienauczonym tekstem, lekceważący swoją pracę, to chciałbym postawić go im za wzór. On niezależnie od tego jak długo się bawił, czy poszalał poprzedniego dnia, na planie był zawsze gotowy i w formie. Był rzemieślnikiem kina. Rzemieślnikiem doskonałym, arcymajstrem. Miał wspaniały warsztat zawodowy i był profesjonalistą. Legendarna jest opowieść o tym jak bawił się i pił z lotnikami, a potem kazał obudzić się o 6:30 . Kiedy powiedziano mu, że jest 6:15 w tym stanie, po całonocnej zabawie przyszedł na plan. Był jedynym do którego nie miałem tego dnia żadnych uwag. Grał bardzo dobrze. Jedynym sygnałem na bliskim planie były lekko przekrwione oczy. Była w nim żelazna dyscyplina.

Dlaczego on?

Niemczyk wchodził w grę jako Japycz ponieważ ta postać miała być rodzajem wilkowyjskiego nestora i mentora zarazem. Osobą, która w ramach pewnego światopoglądu i wykształcenia (a nie był to przecież profesor uniwersytetu), doświadczenia i wrodzonej inteligencji, pełni rolę osoby, do której ludzie zwracają się z różnymi problemami. Nie tylko na ławeczce, ale także w całej wsi. Osoby, która może coś doradzić, jednym słowem zatrzyma kłótnie. Która rozumie tę społeczność. Czasami wyciągał dziwne wnioski, czasami jego wypowiedzi były śmieszne. Nie wiedział wszystkiego. Na przykład o tym, że naród kozacki od tego pochodzi, że kozy hodował.
Żeby taką głupotę powiedzieć i mieć autorytet trzeba było mieć w sobie pewien rys plebejskiego ale jednak dostojeństwa. Leon Niemczyk ze swoim bogatym życiorysem, charakterem, poczuciem humoru i błyskiem w oku świetnie się do tego nadawał. Każdy człowiek, a aktor w szczególności jest tym, co przeżył. Ja jako reżyser nie ingeruję w prywatne sprawy aktora, ale zatrudniając go mam świadomość tego jaki bagaż może wnieść ze sobą. Jakiego rodzaju nuty, tonacje może przynieść. Wydaje mi się, że kiedy patrzymy na twarz Japycza, która jest twarzą Leona Niemczyka, to widać w niej taki bagaż różnych przeżyć i doświadczeń, taką mądrość życiową, że ma on prawo na tej ławeczce wodzić rej. To nie Japycz stworzył Niemczyka, ale Niemczyk stworzył Japycza. On dodał mu to, co się wymyka reżyserii. Można ustalić role, kadry, intencje, poprowadzić aktora, powiedzieć jak ma zagrać. Ale do tego czego reżyser oczekuje aktor dokłada brzmienie postaci. Na to brzmienie składa się jego osobowość, której nie da się wyreżyserować. On właśnie wniósł w tę postać coś więcej. Była to momentami nadświadomość, poczucie humoru i taka wiejska arystokratyczność. Myślę, że gdyby to grał inny aktor, to ludzie nie pokochali by tak Japycza. Bardzo nam go brak i to świadczy o tym, że są ludzie niezastąpieni.

„Kiedy się pojawiał czuło się, że jest”

Praca z Leonem Niemczykiem to była ogromna przyjemność. Zobaczyłem go pierwszy ras w serialu „Pensjonat pod różą”. Kiedy stanął przede mną wielki Niemczyk, to pomyślałem, że będę miał z tego powodu problemy. Przecież to aktor z dorobkiem, którym można by obdzielić kilkanaście życiorysów. Aktor Polańskiego… Nic z tych rzeczy. Był niezwykle zdyscyplinowany wręcz pokorny. Zawstydzał mnie swoim zachowaniem. Kiedy podchodziłem do niego- wstawał. Czułem się zażenowany, mówiłem żeby tego nie robił chociażby z racji wieku, doświadczenia… Ale on był tak nauczony. Miał taki stosunek do reżysera. Nie do mnie osobiście, ale do osoby, która odpowiada za wszystko. Świetnie współpracował z kolegami. Był niezwykle życzliwy. Każda ekipa od początku go kochała, bo doskonale się w nią wpasowywał. Czuło się więź, którą wytwarzał między wszystkimi ludźmi na planie. Chciał czuć się dobrze. Podejrzewam, że nie zniósłby takiej sytuacji w której praca była by męką. Kiedy musiałby robić coś niechętnie, wbrew sobie, w napięciu, w złej energii. On wytwarzał zawsze dobrą.
Zostało w nas takie poczucie, że kiedy na planie pojawiał się Leon Niemczyk to zawsze było weselej, głośniej, częściej słychać było wybuchy śmiechu. Wszyscy w ekipie mamy poczucie humoru, często żartujemy, ale kiedy on się pojawiał od razu czuło się, że jest. Legendy krążą o jego zabawowym podejściu do życia po pracy. W trakcie zdjęć zawsze opowiadał anegdoty, śmiał się, żartował, uwodził kobiety. Miał w sobie coś takiego co je przyciągało. Oprócz osobistego uroku i pięknego uśmiech, którym czarował, jego wielkim atutem było to, że w każdej kobiecie widział damę. Niezależnie czy była osobą z ekipy, czy panią sprzedającą w sklepie obok. Każdą natychmiast fascynował swoją osobowością. To jest rodzaj charyzmy z którą trzeba się urodzić. Tego nie można się nauczyć. Kiedy było już wiadomo, że jest nieuleczalnie chory i że to już kwestia krótkiego odcinka czasu, powiedział w wywiadzie, że chce umrzeć na planie serialu „Ranczo”. Na szczęście tak się nie stało. Nie wiem jak byśmy poradzili sobie z takim wydarzeniem, ale myślę, że było mu tam dobrze, że czuł się rodzinnie. Czuł akceptację moją i partnerów, a przede wszystkim publiczności. To było jego marzenie jako aktora, aby odejść tam gdzie się wiązało największe nadzieje i życie. Tu miała szczyt jego hierarchia wartości. Na planie filmowym.

Kolorowy ptak

Leon Niemczyk to bardzo barwna postać. Człowiek o bogatym życiorysie, wspaniałym poczuciu humoru, ogromnej wyobraźni. Człowiek który korzystał z życia. Słyszałem, że na jego pogrzebie zagrano „My Way” Sinatry. On cały czas szedł swoja drogą, wytyczonym szlakiem. Po prostu chciał grać. Porównując życie aktora teraz i dwadzieścia lat temu muszę przyznać, że wygląda ono zupełnie inaczej. Telewizja ma to do siebie, że nie ma czasu. Dlatego życie na planie jest mocno usystematyzowane. Nie ma już miejsca na takie wydarzenia z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych o jakich opowiadał Leon Niemczyk. Koncentrujemy się przede wszystkim na pracy. Nie ma czasu na zabawę. Dawniej teatr był wylęgarnią talentów. Dookoła niego skupiały się różne kolorowe ptaki. Aktorstwo przenosiło się na życie codzienne. Teraz troszkę zszarzeliśmy. Aktorzy dużo pracują, intensywnie żyją, muszą dbać o kondycję. Nie ma już tych wędrówek wódczano- towarzyskich. Nie ma tego dodatkowego świata, którego reprezentantem był Leon Niemczyk. Tego barwnego ptaka bardzo nam teraz brakuje.

Paweł Królikowski o Leonie Niemczyku

Kojarzę Leona od kiedy sięgam pamięcią. Jeszcze jako dziecko oglądałem filmy, w których występował. Z tamtego okresu najbardziej zapamiętałem go jako niezłomnego, prawdomównego i dumnego rycerza z Lotaryngii w Krzyżakach. Taki mam w głowie jego pierwszy wizerunek i takim będę go zawsze pamiętał. Potem, kiedy sam zbliżałem się do zawodu aktora, Leon kojarzył mi się z facetem, który gra mnóstwo epizodów w filmach. Wydawało mi się wtedy, że jest chałturnikiem i nie budził zbytnio mojej uwagi, ani mojego szacunku. Nie podobał mi się w kultowym podobno „Nożu w wodzie”. Może dlatego, że nie podobał mi się ten film. Zrozumiałem jakim jest fantastycznym aktorem, kiedy sam zacząłem grać w filmach. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że powiedzenie „Leon zawodowiec”, które do niego przylgnęło ma bardzo głębokie znaczenie. Był przykładem polskiego aktora filmowego. Żył tylko z ról filmowych. Zrozumiałem, jakim szlachetnym rzemiosłem jest to, co potem oglądamy na ekranie. Rzemiosłem, które w jego wykonaniu skrzyło się artystycznymi perełkami. Szczególnie epizodami w filmach z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Czasem była to jedna czy dwie sceny, ale zagrane koncertowo. Później, kiedy poznałem go prywatnie, powiedział mi, że interesuje go tylko praca. Tak do tego zawodu podchodził. Po prostu, jak do roboty. Tekst, pomysł na siebie i realizacja tego co się zaplanowało. Robił to bardzo pięknie.
Dwa lata temu zostałem kolegą Leona Niemczyka. Poprosił, żebym mówił mu na ty. Przesiadywaliśmy razem na planie „Rancza” i podobnie jak z większością ekipy, zakolegowaliśmy się. Tutaj usłyszałem życiorys Leona. Niesamowicie barwny. Szkoda, że to nigdy nie zostało zapisane na taśmie filmowej. To co nakręcono o nim jest bardzo grzeczne i powierzchowne. Był skryty. Swoją prywatność chował dla siebie. Miał opinię kobieciarza i bawidamka. Myślę, że ten wizerunek mu nie przeszkadzał, a nawet go bawił, ale chyba nie był do końca prawdziwy. To był po prostu facet o ogromnym doświadczeniu życiowym. Na to doświadczenie składały się takie wydarzenia jak ucieczka z więzienia gestapo czy wyrwanie się z rąk komunistów. Był żołnierzem Armii Krajowej, walczył… Kilkakrotnie wyrywał się z rąk śmierci.

Bardzo głęboko utkwiło mi w pamięci zdanie, które do mnie powiedział krótko przed śmiercią: „Wiesz, dla młodych aktorów…, dla wszystkich aktorów w latach czterdziestych i pięćdziesiątych zagrać w filmie to było wielkie szczęście. To było wielkie szczęście”- powtórzył. W tym jednym zdaniu zawarł swój ogromny szacunek dla pracy , dla tego co się dostaje się od losu. Oczywiście film był wtedy czymś innym niż teraz. Dawał szansę popularności, wykazania się, ale jednocześnie stawiał ogromne wymagania warsztatowe i psychiczne. Trzeba było być zawodowcem, osobowością żeby zaistnieć i utrzymać się. Tak chciałbym zapamiętać Leona i będę pamiętał to, że „…grać w filmie to wielkie szczęście”. To przesłanie dla nas wszystkich aktorów. Szukać szczęścia, znajdywać je w życiu, w sztuce i dzielić się z tym szczęściem z innymi.

Cezary Żak o Leonie Niemczyku

Gdy odchodzi ktoś mądry i dobry, zawsze go brakuje. Spotkałem Leona po raz pierwszy jeszcze, gdy pracowaliśmy przy „Miodowych latach”. Wiedziałem oczywiście, że jest legendą polskiego kina. A on w pierwszej minucie naszej rozmowy od razu przeszedł ze mną na „ty”, co już było dla mnie czymś niesamowitym, tak, że aż można by rzec: Matko jedyna! Na planie bardzo zakolegował się z nami. Było to dla nas istotne, bo ani ja, ani Artur Barciś nie znaliśmy Leona prywatnie. Dlatego bardzo ucieszyliśmy się, że możemy z nim grać. Poznaliśmy go jako faceta, któremu przede wszystkim nie przewróciło się w głowie przez wiele lat grania w filmie. A występował nie tylko w Polsce, bo przecież Leon większość filmów nakręcił za granicą. Czasami opowiadał nam, jak grywał w westernach jugosławiańskich. To były strasznie śmieszne opowieści - Leon na koniu i w kapeluszu kowbojskim (śmiech). Był świetnym partnerem do gry. Z takim doświadczeniem, jakie miał, nie mogło być inaczej. Uwielbiam pracować z aktorami, którzy znają się na rzeczy. Wtedy jest szybciej i znacznie precyzyjniej się z nimi gra. Z młodymi i niedoświadczonymi bywa różnie, czasami lepiej, czasami gorzej. Tak samo było w „Miodowych latach”. Ale jak Leon przyszedł na plan, byłem pewien, że od razu będzie wiedział, co i jak trzeba zagrać. Nie musiałem martwić się o mojego partnera. I potem, gdy już wiedziałem, że on wystąpi w „Ranczo”, tym bardziej się ucieszyłem. Nie mieliśmy wątpliwości, że Leon to będzie ktoś, kogo się z góry, właściwie od razu, zapamięta. Wiadomo przecież, że rozmaici aktorzy są angażowani do różnych ról i nie zawsze można mieć pewność, czy poradzą sobie z daną postacią. Przy Leonie nie trzeba było się nawet zastanawiać, czy ma wystąpić u nas w serialu. On był takim pewnikiem. Czas leciał. Leon absolutnie nie ukrywał swojej choroby. Zaraz nam o niej powiedział. Nie było wiadomo, jak to się wszytko skończy. Ale spodziewaliśmy się najgorszego. Franciszek Pieczka opowiadał mi, że gdy Leon był już bardzo chory, zwierzył się mu kiedyś, że chciałby umrzeć na planie. A wiem od starszych kolegów po fachu, że jest marzeniem każdego aktora albo umrzeć na scenie, tak jak umarł Tadeusz Łomnicki, albo na planie filmowym. Bo właśnie aktor, to jest ktoś taki, kto gra do końca życia. Tak więc polska kinematografia straciła wielką osobowość po śmierci Leona. Bo jak wszyscy podkreślają, był on wielką osobowością. Leon to był KTOŚ, to był GOŚĆ, aktor z klasą. Mało jest takich jak on, posiadających wielką charyzmę. Przede wszystkim Leon był niezwykle zabawowy i towarzyski. Koledzy z planu wspominali, że jak mieszkali w hotelu w Mińsku Mazowieckim, kończyli zdjęcia o godzinie 20 czy 21 i czasami nawet do późna w noc nie kładli się spać. A kiedyś Leon o 5 rano po całonocnej zakrapianej, sutej kolacji powiedział: „No co wy, już spać? Dopiero 5 rano!”. Koledzy do niego: „Ale Leon, wiesz, o 7 rano na plan jedziemy”. On im odpowiedział: „Ale poczekajcie, ja się dopiero rozkręcam”. Leon był KIMŚ przez duże K.

Sylwester Maciejewski o Leonie Niemczyku


Z Leonem Niemczykiem spotkałem się po raz pierwszy właśnie przy realizacji „Rancza”. Poznałem Go wtedy od najlepszej strony. Był wspaniałym człowiekiem i aktorem. Współpracowało się z Nim bardzo dobrze. Nigdy nie dał odczuć, że jest starszy, że ma większe doświadczenie w zawodzie aktorskim, że jest bardziej znany. Kumpel, bliski kolega. Taki był, bo w naszej pracy wszystkim zależy na najlepszym efekcie końcowym serialu, dlatego trzeba się polubić i porozumieć. Życzę każdemu aktorowi, żeby spotkał na swojej drodze takiego partnera do gry i współpracy.
Brakuje go. Wykruszają się nam pewne autorytety, ale nie widać niestety ich następców. Jest to trochę przykre, ponieważ drugiego takiego jak Leon Niemczyk, chyba długo nie będzie. Na naszej ranczowej ławeczce jest teraz inaczej. Nie tak sam, jak było kiedyś, bo realia zmieniły się trochę, ale ławeczka nadal jest dobra. W trzeciej transzy serialu są fragmenty, w których uczciliśmy pamięć Leona. Jest zawsze obecny wśród nas, ale niestety życie jest okrutne i toczy się dalej. Trzeba z tym jakoś żyć. Ale nigdy nie zapomnimy o Leonie Niemczyku.

Bogdan Kalus o Leonie Niemczyku

Leon był bardzo fajnym i niesamowicie specyficznym człowiekiem. Jako jeden z nielicznych potrafił balować przez całą noc i pracować bez przerwy, oczywiście bez żadnego uszczerbku dla jednego i drugiego. Współpracowało się z Nim znakomicie i można było nauczyć się od Niego bardzo wielu rzeczy. Nie bez kozery zagrał przecież w tak wielu filmach, nie tylko polskich, ale i zagranicznych. Z jednej strony brakuje Leona u nas na ławeczce, z drugiej osoba Franka Pieczki, który zastąpił Go w serialu, jest równie legendarna i godnie przejął pałeczkę po Leonie. A jest niewielu aktorów, którzy potrafiliby zrobić to tak doskonale jak on. Sam Leon nadał naszej ławeczce ogromnego kolorytu. Uważam, że wyglądałaby ona zupełnie inaczej bez obu tych znakomitych aktorów. Brakowałoby mędrca z prawdziwego zdarzenia.
A jak poznałem Leona? Było to w 2002 roku, jeszcze przed realizacją pierwszej serii „Rancza”. Zagraliśmy razem m.in. w filmie „Ubu Król” Piotra Szulkina i w serialu „Stacyjka” Piwowarskiego. Później było „Ranczo”. Poza tym spotykaliśmy się również prywatnie podczas różnych festiwali. Leon był zawsze uśmiechnięty, bardzo życzliwie nastawiony do świata i przyjazny. Nigdy nie zbywał ludzi proszących Go o autograf czy zdjęcie. Zawsze potrafił znaleźć dla nich czas i był niebywale szarmancki wobec kobiet. Miałem okazję przekonać się, jakie miał podejście do płci pięknej. Kiedyś jedliśmy śniadanie w pewnym hotelu. Niedaleko nas siedziała jakaś pani. Leon podszedł do niej, przedstawił się i zapytał, co słychać. Powiedział smacznego i w zasadzie pani była w Nim już zakochana. A to wszystko nie trwało dłużej niż półtorej minuty. Tak właśnie działał Leon. To magiczny człowiek, zrobiony z zupełnie innej gliny niż większość ludzi. Jego fenomen polegał na pozytywnym myśleniu. Nigdy nie obrażał się na reżyserów czy producentów, że dają Mu tylko jeden czy dwa dni zdjęciowe do zagrania. Przyjmował wszystko. Żałował jedynie, że nie wystąpił u Wajdy. Natomiast, o czym mało kto wie, gdy w latach 60-tych powstał „Nóż w wodzie”, do Polski przyjechał sam Kirk Douglas. Chciał poznać Leona. Powiedział Mu wtedy, że gdyby ten film został nakręcony w Stanach Zjednoczonych, Leon stałby się multimilionerem i multigwiazdą. W naszym kraju był po prostu świetnym aktorem, którego można zobaczyć w wielu filmach i serialach. Był moim autorytetem. Z cierpliwością wysłuchałem wielu Jego cennych uwag. Trudno przecież nie brać przykładu z tak doświadczonego faceta, legendy polskiego kina. Co zaskakujące, sam Leon przyjmował również uwagi swoich dużo młodszych kolegów i absolutnie nie obrażał się z tego powodu. Był kompletnie bezkonfliktowym człowiekiem z pozytywnym nastawieniem do świata. Oczywiście denerwował się, gdy czasami w Polsce postępowano z Nim troszeczkę po macoszemu. A to przecież nie przystoi, żeby aktor takiej rangi jak On, mający tę pozycję i doświadczenie, był w ten sposób traktowany.

Materiały pochodzą z albumu-cegiełki pt. "Kochamy Ranczo", który został wydany przez ©Forum Ranczersów latem 2008 roku. Opracowanie wspomnień: Małgorzata Święs (Gosia) i Anna Zielonka (Ania)
Forum Ranczersów

ODPOWIEDZ