Wywiad z Wojciechem Adamczykiem

W tym dziale znajdziecie nasze autorskie wywiady z ekipą serialu.
Awatar użytkownika
Gosia
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 372
Rejestracja: 22 gru 2006, 16:39
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał(a) podziękowań: 3 razy
Kontakt:

08 lut 2007, 14:39

Wojciech Adamczyk.

-1978-1982, studia na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie (obecnie Akademia Teatralna)

-1983-1987, studia na Wydziale Reżyserii warszawskiej PWST; członek Rady Wydziału i Senatu PWST, przewodniczący Niezależnego Samorządu Studenckiego; dwukrotnie, w latach akademickich 1985\86 i 1986\87 laureat rocznego stypendium Ministra Kultury i Sztuki dla wyróżniających się młodych twórców-studentów szkół artystycznych; studia ukończone z wynikiem bardzo dobrym

-1988, stypendysta rządu francuskiego (staż reżyserski w Paryżu, Centre National Gennevilliers)

- Od 1993 roku wykładowca „przedmiotu głównego” (seminarium reżyserskie) na Wydziale Reżyserii Warszawskiej Akademii Teatralnej
W latach 2002-2005 dziekan Wydziału Reżyserii, od 1 X 2005 – prodziekan.

- Kwalifikacje naukowe I stopnia (doktorat) przyznane 22 maja 2000 roku; habilitacja w 2005 r.

Nagrody:
-1987, Płock, „Srebrna Maska” za najlepszy spektakl sezonu.

-1993, Warszawa, „Nagroda im. Korzeniewskiego” przyznawana przez Ministra Kultury i Sztuki za „wybitne osiągnięcia w dziedzinie reżyserii”

-1994, Łódź, „Złota Maska” za najlepszą reżyserię sezonu („Zemsta nietoperza” Straussa w Teatrze Muzycznym)

-1996, Warszawa, nagroda Akademii Teatralnej za osiągnięcia w pracy pedagogicznej

- 1998, Katowice, „Złota Maska” za reżyserię opery komicznej „Boccaccio” Suppégo w Teatrze Muzycznym

- 2006, Gdańsk, VII Festiwal Dobrego Humoru: Najdowcipniejszy serial komediowy - „Ranczo”

Można by jeszcze długo wymieniać.

Pan Wojtek Adamczyk.


Duży mężczyzna (194 cm), krótko podstrzyżona broda, okulary. Kiedy z nim rozmawiam zawsze czuje się jak mrówka, nie tylko ze względu na wzrost. Po przeczytaniu informacji, które znalazłam w Internecie na temat pana Wojtka, zobaczyłam obraz wspaniałego reżysera, super inteligentnego człowieka ( członka MENSA od 1989 r), twórcy wielu nagrodzonych spektakli i świetnych filmów. Byłam przerażona. Pomyślałam - w co ja się wpakowałam. O czym on może rozmawiać z taką zwykłą szarą myszą jak ja. Z drugiej strony obiecałam przecież, że zrobię to dla forum. Wcześniej to zadanie nie wydawało mi się takie trudne. Rozmawiałam już przecież z panem Arturem Barcisiem i Pawłem Królikowskim. Myślałam wcześniej, że będzie to podobna rozmowa. Tamte Wam się podobały, to i z tą sobie poradzę. Po wizycie w internecie zdecydowanie zmieniłam zdanie.
Każda kolejna przeczytana informacja powodowała, że wpadałam w coraz większy popłoch.
Wtedy przypomniałam sobie nasze dotychczasowe kontakty z panem Wojtkiem. Nasze wspólne, niezapomniane spotkanie przy ognisku na zlocie w Mrozach, jego bardzo sympatyczny uśmiech, naszą wizytę na planie i to, jak bardzo chętnie i szczegółowo pokazywał nam niemal wszystko, co tylko było do pokazania, jak chętnie odpowiadał na nasze pytania i wreszcie jak sympatycznie i ciepło mówił o forum w czasie przedpremierowego pokazu, na który nas zaprosił. Przypomniałam sobie nasze bardzo miłe rozmowy telefoniczne związane z przygotowaniami do pokazu. Jego zawsze wesoły głos: „ Co tam słychać pani Małgosiu?!”. Pomyślałam, że przecież to ten sam pan Wojtek. Nasz Szeryf. Nie mogę powiedzieć, że do końca pozbyłam się tremy przed tym spotkaniem, bo to nigdy nie jest możliwe, ale zrobiło mi się dużo lżej.
Nie wiem, jak ocenicie to, co udało mi się zrobić, ale mam nadzieję, że przez tę rozmowę uda nam się choć trochę lepiej poznać tego wspaniałego reżysera i bardzo sympatycznego człowieka. Ranczersi powinni przecież jak najlepiej znać swojego Szeryfa. Przeczytajcie i oceńcie sami.






Gosia: Panie Wojtku, przede wszystkim bardzo dziękujemy, że zechciał Pan się z nami spotkać.

W.A: To dla mnie przyjemność.

Gosia: Tak sobie pomyśleliśmy, że dobrze by było, żeby była na forum rozmowa z naszym Szeryfem.

W.A: Tak, proszę bardzo.

Gosia: Nie będę ukrywać, że chcemy pomału połapać resztę aktorów , jeżeli będą mieli czas i ochotę z nami rozmawiać, no ale Szeryf musi być, może niestety nie pierwszy, ale jeden z pierwszych. Nie mieliśmy wcześniej takiej możliwości, po prostu nie mieliśmy takich świetnych kontaktów z Panem jak teraz.

W.A: Już panie pewnie wiedzą, że w niedzielę zaczynają się powtórki i 18.III ma być pierwszy odcinek nowej serii?

Gosia: Tak, wiemy.
Panie Wojtku, skąd wziął się pomysł na „Ranczo”?


W.A: To scenarzyści. Ja dostałem scenariusz. Producent przysłał mi scenariusz i zapytał: „ Czy Ciebie by coś takiego zainteresowało?” Przysłał mi pierwsze sześć odcinków. Ja nigdy nie czytałem od razu wszystkich, bo na to nie ma czasu, przegląda się jeden, dwa, resztę później. Pomyślałem, no dobrze, przysłał, to przejrzę jeden. Kiedy skończyłem szósty, dopiero się oderwałem. Była już dość późna pora, ale natychmiast wysłałem e-mail, że chcę bardzo to robić, bo to jest rzecz, która mi to szalenie odpowiada.
Tu stało się coś niezwykłego zupełnie, bo te scenariusze są tak napisane, jakbym to ja pisał, gdybym był scenarzystą. Jest to moje poczucie humoru, jest to moja hierarchia wartości, jest to moje widzenie tego, co jest dobre, moje widzenie tego, co jest złe. Oni tak samo myślą. Kiedy przystąpiliśmy do pracy, to między mną a scenarzystami panowała idealna zgodność. Nie miałem ochoty nic tam zmieniać, dodawałem tylko czysto realizacyjne pomysły, bo generalna zasada bardzo mi odpowiadała i myślę, że to był jeden z powodów, dla których ten serial się spodobał. Nie było różnic, niesnasek, chęci, że ktoś komuś coś chce zmieniać.

Gosia: Brutter z Niemczukiem to są chyba pierwsze pióra polskich seriali?

W.A: Tak, to fachowcy, którzy nie schodzą poniżej swojego wysokiego poziomu, ale tu wybuchła zawodowa miłość: zakochałem się w scenariuszu.

Gosia: Panie Wojtku, a jak Pan dobierał aktorów? Czy to były castingi?

W.A: Castingi były. Tam gdzie mieliśmy wątpliwości, to ogłaszaliśmy zdjęcia próbne i szukaliśmy aktorów, ale dokładnie od początku wiedzieliśmy, kto ma zagrać księdza, wójta, Czerepacha. „Ławeczka” też była od samego początku ustalona. Myśmy tak naprawdę szukali paru osób i te osoby na szczęście znaleźliśmy – właśnie na castingach.

Gosia: Wiem,że pani Ilona Ostrowska dostała się do serialu poprzez casting, a Paweł Królikowski?

W.A: Też.

Gosia: Zastanawiało mnie to, że wziął Pan aktora, który prawie się w swoim życiu nie pokazywał. Grał trochę w latach osiemdziesiątych, potem miał bardzo długą przerwę, po powrocie zagrał w „ Czwartej władzy”, niewielką rolę w „ Na dobre i na złe” i nagle taka duża rola?

W.A: Generalnie zmorą naszej reżyserskiej działalności jest to, że z jednej strony chcemy stawiać na osoby już sprawdzone, które coś gwarantują i wtedy możemy się zawsze odwołać do tego, że nazwisko X czy Y jest synonimem poziomu i musi dobrze zagrać, a jeżeli źle zagra, to ja jestem całkowicie usprawiedliwiony, bo to jest przecież wielkie nazwisko – a z drugiej strony stacje telewizyjne też chcą mieć w serialu gwiazdy, bo one są jakąś gwarancją oglądalności. Tymczasem musi być jakaś furtka dla osób mniej znanych, dla młodych. Nie tylko po to, żeby otrzymywały szanse, bo to jest ich życie i oni o nie walczą, ale po to, żeby serial nabrał wiarygodności poprzez to, że pojawiają się tam osoby nie opatrzone. Bardzo wiele osób zadawało mi pytanie, czy Ilona Ostrowska jest prawdziwą Amerykanką, czy ona potrafi mówić inaczej, a nie ciągle z tym akcentem. Ilona mówi bardzo dobrze, bo to jest zawodowa aktorka, ale właśnie poprzez to, że w serialu znalazła się nieznana szerszemu ogółowi Ilonka, że znalazł się Paweł, to ich ekranowe przygody nabrały zupełnie innego wymiaru. Ponieważ ludzie niespecjalnie kojarzyli ich z czymś innym, nagle ta opowieść stała się momentami dokumentalna.
Doborem aktorów rządzi generalnie logika, istotne są współbrzmiące z wymogami scenariusza cechy psychofizyczne, jak aktor wygląda, jak się porusza, jakie ma poczucie humoru, ale dużą rolę odgrywa (ponownie!) profesjonalne zauroczenie. Na castingu trzeba zobaczyć w innej osobie swoją ukochaną bohaterkę czy bohatera, którego nosi się w sobie.
Ja Lucy jakoś przeczuwałem, ona nie miała konkretnej twarzy, ale ja wiedziałem, jaka ona jest. Nagle przed kamerę weszła Ilona i pomimo tego, że zawsze mi się wydawało, że Lucy powinna być blondynką, zobaczyliście Lucy kasztanową. Bo ja wtedy na ekranie kontrolnego monitora po prostu zobaczyłem „moją” Lucy!

Gosia: Panie Wojtku, a przy której części „Rancza” lepiej się Panu pracowało, czy przy pierwszej części, kiedy aktorzy budowali dopiero swoje role, czy w drugiej, kiedy te postacie miały już swój charakter? Kiedy się Panu ciekawiej, lepiej pracowało?

W.A: Ciekawie to zawsze się pracuje, bo jedna i druga seria to było wyzwanie. Różnica była zupełnie innego rodzaju. Kiedy powstawała pierwsza transza, chciałem stworzyć serial, który będzie się podobał, który będzie wyróżniał się na tle innych produkcji. Podobno się to udało... Ale o wiele łatwiej jest zdobyć mistrzostwo Europu w jakiejś dyscyplinie niż je utrzymać. Z większym stresem, z większym niepokojem, ale też i z większym zaangażowaniem przystąpiłem zatem do części drugiej. Dlatego łatwiej mi się pracowało przy pierwszej, bo przy drugiej wiedziałem, że łatwo jest uśpić czujność i wyobrazić sobie, że ja już to umiem, ja to już wiem, więc jest to proste, można coś odpuścić... Więcej nerwów i pracy włożyłem w część drugą.

Gosia: Wrócę jeszcze do postaci. Chcieliśmy wyjaśnić pewną nieścisłość która nas zastanawia. Jak rozmawiałam z panem Arturem Barcisiem, miałam takie szczęście i ogromną przyjemność z nim rozmawiać we wrześniu, to pan Artur mówiąc o Czerepachu mówił, że on jest taki zgorzkniały, bo jest samotny itd. Natomiast w ostatnim odcinku zobaczyłam, że Czerepach ma obrączkę na palcu.
Czy to była wpadka, czy Czerepach jest żonaty?


W.A: To była wpadka.

Gosia: Acha, no to już wiemy. Nie tylko ja to zauważyłam, zauważyło to parę osób na forum i zastanawialiśmy się nad tym. On w dwóch scenach ma obrączkę. Kiedy rozmawia z wójtem nad stawikiem, i wtedy tę obrączkę mniej widać, i kiedy razem piją, i wtedy bardzo ją widać.

W.A: Jezus, Maria, jak oni oglądają uważnie, matko jak się trzeba pilnować (śmiech).

Gosia: Takich wpadek było więcej, ale nie będziemy Panu ich wypominać.

W.A: To ja zdradzę tajemnicą. Czerepach na początku był żonaty, ale gdy zaczęto projektować wydarzenia drugiej serii, jeszcze w trakcie montażu pierwszej z różnych powodów scenarzyści woleli, żeby Czerepach był kawalerem. W związku z tym, że nigdy nie padała żadna kwestia na ten temat, a tylko była drobna sugestia, to zostało to tak podmontowane, żeby utrzymać jego kawalerski stan, ponieważ w drugiej transzy jest to potrzebne.

Gosia: Panie Wojtku, w jakim przedziale czasowym dzieje się druga część „Rancza”?
W.A: Zaczyna się późnym latem, a kończy późną jesienią.

Gosia: A czy trzecia część, tak samo jak druga, zaczyna się w tym samym momencie, kiedy kończy się druga, czy jest jakiś odstęp czasowy?

W.A: Nie wiem. Będziemy się starali coś z tym zrobić, bo chcielibyśmy kręcić w warunkach letnich. Coś trzeba zrobić z tym październikiem, coś trzeba zrobić z tym krajobrazem właściwie już zimowym momentami.
Być może będzie to kręcone w sposób „chytry”: pierwszy odcinek będzie miał mniej plenerów, wykorzystane zostaną już nakręcone plenery bez aktorów, żeby jak najszybciej pojawiła się wiosna. Takie cuda się zdarzają. Może być krótka zima w Wilkowyjach.

Gosia: A jak wciśniecie w ten okres czasowy wersję kinową?

W.A: Wersja kinowa jest opowieścią absolutnie obok. Ona się sama zacznie i sama skończy bez żadnego wpływu na wydarzenia dalej. Czyli jeżeli skończy się seria druga, to bez najmniejszego problemu będzie mogła pójść transza trzecia, natomiast wersja kinowa jest wątkiem, który się zaczyna mniej więcej w okolicach końca drugiej i kończy w okolicach początku trzeciej. Nie ma tu nic wspólnego, nie ma tu kontynuacji. To jest tak, jakby na przykład zaczynamy rozmawiać, nagle coś się dzieje za oknem, podchodzimy, patrzymy i wracamy do rozmowy, a tam się coś wydarzyło. Nie będzie to miało żadnych konsekwencji.

Gosia: A czy może nam Pan zdradzić kto zagra rolę męża Lucy?

W.A: Ja wiem, kto jest planowany, ale jeszcze nie jest umówiony. Nie była jeszcze przeprowadzona rozmowa z agentem. To nie będzie polski aktor.

Gosia: Wiem, że obiecał Pan panu Leonowi Niemczykowi, że dopóki będzie kręcone „Ranczo”, to będzie grał.

W.A: To jest obietnica złożona przez producenta, pod którą ja się oczywiście podpisuję.

Gosia: Chciałam zapytać jak chcecie to fizycznie zrobić?

W.A: Na pewno chcemy wykorzystać tutaj możliwości, jakie daje nam współczesna technika komputerowa, bo tylko w taki sposób może przecież zaistnieć pan Leon. Natomiast jest jeszcze jedno miejsce, którego nie wykorzystywaliśmy w Wilkowyjach. Nic się tam nie działo i nawet nikt nie wie, gdzie się znajduje cmentarz. Być może koledzy będą odwiedzali Japycza tam, może on będzie się z nimi w jakiś sposób kontaktował?
Wilkowyje to szczególne miejsce i różne dziwne rzeczy tam się dzieją. Chcielibyśmy, żeby ten Japycz nadal tam funkcjonował jako gość z zaświatów.

Singri: Bez Japycza to nie było by to samo. Jest to jedna z kluczowych postaci mimo, że nie ma wielkiego wpływu na akcję.

W.A: Niestety, wydarzyło się to co się wydarzyło. Na to nie mieliśmy żadnego wpływu, tym bardziej, że stało się to niezwykle szybko. Pan Leon w czerwcu 2006 roku jeszcze był w formie bardzo dobrej. Na Festiwalu Dobrego Humoru po prostu brylował. Pomiędzy czerwcem a sierpniem choroba zrobiła zastraszający postęp. Mam nadzieję, że jak będzie oglądana ta druga transza, to widzowie rozpoznają scenę, która jest zamknięciem wątku Japycza. Już wiedzieliśmy, że ta scena jest prawdopodobnie ostatnią z udziałem pana Leona... Zakomponowałem ją tak, żeby miała odrobinę symboliczny wymiar.

Alinka: A czy pan Pieczka będzie cały czas obecny, czy dla niego to był gościnny występ?

W.A: Już teraz jest na stałe. Pojawił się, żeby pomóc nam i panu Leonowi w tej trudnej sytuacji. Uratował nas.

Gosia: Panie Wojtku, a czy to jest pewne, że będzie wersja kinowa?

W.A: A co jest u nas pewne? Mamy wiele sygnałów wskazujących na to, że to może być możliwe, że to się może wydarzyć i to niedługo, ale dopóki się nie pojawi ten decydujący podpis i nie wpłyną pieniądze na konto producenta, to pewności nie ma. My sobie czas rezerwujemy.

Gosia: To bardzo dobrze. My też.
Zadam pytanie, na które nie wiem, czy będzie Pan mógł mi odpowiedzieć.


W.A: Ile mam lat? Powiem. ( śmiech)

Gosia: To by było za proste.
Proszę powiedzieć chociaż „tak” albo „nie”. Czy w drugiej części „Rancza” poznamy imię Kusego?


W.A: Śmiało mogę odpowiedzieć. Absolutnie nie.

Gosia: Nie?!

W.A: Nie.

Gosia: A myśleliśmy, że tak. A wie Pan, dlaczego tak myśleliśmy? Bo Paweł Królikowski zapytany o to samo odpowiedział mi: „Nic Ci nie powiem Małgośka!”, ale dodał jeszcze „Ja znam imię Kusego”.

W.A: Nie wiadomo, czy powiedziałem prawdę ( serdeczny śmiech).

Gosia: Paweł Królikowski nie chciał nam nic powiedzieć, ale wywnioskowaliśmy, że poznamy to imię.

W.A: Będzie wyjaśnione ( pauza, śmiech), ale nie wiem kiedy.

Gosia: Na pewno w którymś odcinku.

W.A: W którymś odcinku na pewno. Ja mam w umowie napisane, że nie mogę zdradzać pewnych rzeczy.

Gosia: Dlatego ja nie pytam, jak Kusy ma na imię, tylko czy poznamy.

W.A: Poznamy.

Gosia: Acha, to dobrze.

W.A: Nie. ( śmiech)

Gosia: Ja myślę, że poznamy.
Panie Wojtku, tak sobie to wyobrażam, że zdarza się na planie tak, że nagrywając jakąś scenę ma Pan jakiś obraz, jak ta scena powinna wyglądać, jak aktorzy mają zagrać. A co się dzieje, jeżeli np. robi się ileś dubli i aktorzy nie grają tak, jak by Pan chciał? Zdarza się Panu złościć na planie?


W.A: Nie, nie zdarzyło się ani razu tak, żeby aktorzy nie chcieli zagrać czegoś tak jak ja chciałem. Czasami zdarza się, że ciężko dochodzi się do efektu końcowego, bo zadanie jest trudne. Ja się denerwuję na aktora tylko wtedy, jeżeli nie umie tekstu, przychodzi na plan nieprzygotowany albo w jakiś widoczny sposób lekceważy naszą wspólną pracę. Natomiast jeżeli ma problem artystyczny, ale z nim walczy, to ja mu ostatnią koszulę oddam, żeby ten problem pokonał!

Gosia: Czyli nie zdarza się panu złościć na planie?

W.A: Na planie pierwszej części „Rancza” eksplodowałem trzykrotnie, na planie drugiej części dwukrotnie. Pięć razy na sześć miesięcy.

Gosia: To niedużo.

W.A: To nawet przyzwoicie.

Gosia: Raz w miesiącu.

W.A: Raz w miesiącu, ale za to solidnie ( śmiech).

Gosia: Panie Wojtku, a proszę mi powiedzieć, co Pan robi jak się panu aktorzy zmieniają fizycznie między jedną częścią a drugą?

W.A: Cierpię.

Gosia: No dobrze, ale co z tym zrobić? Ja rozumiem, że jak pan Żak schudł, to można mu coś tam dołożyć, ale jak wręcz przeciwnie? Ja nie mam tu na myśli pana Żaka, to jest tylko przykład.

W.A: No, ja rozumiem ( śmiech).
Nic , cierpię. Ja nic na to nie mogę poradzić. Ja mogę zadbać o kolorystykę włosów, mogę zadbać o karnację, o zarost, czasami o wydłużenie czy jakąś korektę fryzury i nic więcej nie mogę zrobić. Nie jestem w stanie, bo nie mam czasu ani środków. Nie wyślę aktora do chirurga plastycznego.
Prawdopodobnie to wszystko by wyglądało inaczej, gdyby nasze życie kulturalne było inaczej zaprogramowane. Gdyby reguły były jaśniejsze, czytelniejsze i bardziej przewidywalne. Na przykład w tej chwili, jeżeli weźmiemy pod uwagę życie teatralne, to w krajach na zachód od Łaby są wydawane dwu-, trzy-, czteroletnie repertuary, programy, kiedy, czego, jaki teatr będzie miał premierę. Jeżeli mój kolega scenograf pojechał do Niemiec, to na dwa lata wcześniej dostał harmonogram, którego dnia będzie odbierał jako scenograf buty, którego będą dekoracje, którego będą kostiumy itd.
Tak się dzieje dlatego, że tamci dyrektorzy podpisując kontrakt mają gwarancję tego, że będą mieli umówione pieniądze na pewno. Oni wiedzą, że dotacja w pełnej wysokości będzie wpływać regularnie! U nas ciągle dyrektor nie ma takiego kontraktu i w związku z tym nie wie, co będzie robił za rok. Nie może się umawiać, nie może podpisywać umów, ponieważ nie ma pewności, co się będzie działo. Tak samo jest w sprawach filmowo-telewizyjnych. Być może gdybyśmy mieli pewność, że osiągnąwszy określony sukces artystyczny czy przekładalny na oglądalność będziemy mogli planować długofalowo, podpisywać określone umowy z aktorami, mieć jakieś wymagania, to może takie rzeczy, nie tylko w tej produkcji, ale w każdej byłyby pilnowane, a tak to się bierze z dobrodziejstwem inwentarza to, co się w danej chwili ma.

Gosia: Z dobrodziejstwem inwentarza. Fajnie powiedziane ( śmiech).

W.A: Ale nie było chyba jakichś drastycznych różnic?

Gosia: Nooo…..

W.A: ( śmiech) Oj, kobiece oczy wszystko widzą. Jasna cholera!

Gosia: No, nie dało się ukryć.

W.A: ( śmiech) Bezlitosne forum! ( śmiech)

(Nie wiem, czy wszyscy zrozumieli o co chodzi, rozmowy na ten temat były kilka razy. Na pewno wiedzą Ci, którzy byli na zlocie, a reszta powinna się domyśleć po obejrzeniu II części albo zdjęć ze zlotu)

Gosia: Zauważyliśmy, że w pierwszej części „Rancza” aktorzy, szczególnie chodzi tu o Kusego i Lucy, pięknie grają wyrazem twarzy, oczami. Jak Lucy się złości, to po prostu pioruny walą, natomiast Kusy ma piękne spojrzenie spod grzywki. Szkoda, że w drugiej części nie ma grzywki. Moim zdaniem to jest błąd.

W.A: Ma dużo grzywki.

Gosia: No, właśnie, ma za dużo grzywki.
Czy to są pomysły aktorów, czy to są Pana sugestie?


W.A: Generalnie rzecz biorąc w przypadku takich środków bardzo osobistych, to dzielimy się w ten sposób, że ja jestem panem od „co”, a aktorzy są panami od „jak”. Ja mówię co mają zagrać, a oni szukają środków. Jeżeli te środki w jakiś sposób są rażące, to ja wtedy ingeruję.
Generalnie aktor jest od tego, żeby znaleźć środek aktorski na wyrażenie intencji, którą przekazuje reżyser. Tak naprawdę to takie intymne środki są domeną aktora, jego wrażliwości. Bardzo wiele można wyreżyserować, ale jest parę rzeczy, których wyreżyserować się nie da. Nie można wyreżyserować wdzięku, poczucia humoru. Jak ktoś nie czuje, że to jest śmieszne, to ja nic nie zrobię. Nie można wyreżyserować poczucia smaku.
Można komuś kazać opowiadać o tym, jak uprawiał sex i będzie to ogromnie śmieszne, a ktoś inny zacznie to opowiadać i śmieszne nie będzie. Są rzeczy, które są cechami osobowości, z powodu których angażuje się danego aktora, ale na które nie ma się wpływu. To jest właśnie piękno, ale i okrucieństwo zawodu aktora, że ma się to coś, czego inni nie mają, ale ten, który tego nie ma, nigdy tego nie osiągnie, no bo czym, jak?
Jest aktor, który ma taki układ mięśni, że jak się uśmiechnie, to się wszyscy śmieją. Inny, może nawet lepszy, zrobi to samo i nie budzi śmiechu, dlaczego? Okrutny zawód.

Gosia: Na pewno w czasie tych sześciu miesięcy zdarzyło się dużo śmiesznych historii na planie. Proszę nam opowiedzieć coś, co Pan najbardziej zapamiętał.

W.A: Takich rzeczy, wbrew pozorom, było niewiele. Ja też żałuję, bo zawsze słyszałem anegdoty o życiu filmowców, ale to były lata 60-te, 70-te, kiedy się długo kręciło. Teraz kręci się szybko. Nie ma czasu. Reżyser jest praktycznie w sytuacji sapera. Ja wiem, że nie będę miał kiedy tego poprawić, powtórzyć. Śmiesznych sytuacji jest niewiele.
Była na przykład taka sytuacja z pierwszej transzy, którą często opowiadam. Kręciliśmy nocne zdjęcia z ogromną ilością psów. Gospodarz, który miał dwa rottweilery, zamknął te dwa rottweilery w komórce z tyłu dworku. Trzecia nad ranem, gramy sceny nocne i nagle krzyk: „rottweiler się uwolnił”. Budzimy gospodarza, bo się wszyscy boją do psa podejść, on chwyta tego rottweilera za pysk, zły sam, bo już spał, otworzył komórkę, wrzucił go tam i zamknął. Nakręciliśmy scenę do końca. Rano, kiedy przyjechaliśmy później, bo po nocnych zdjęciach, gospodarz mówi do nas: „Wiecie co, rano idę nakarmić psy, a tam trzy rottweilery. Jakieś zwierzę przyszło, pies morderca, ja go chwyciłem, wrzuciłem, on był tak zdziwiony, że nie reagował. Rano zaglądam do komórki, a tam po jednej stronie siedzą dwa moje, po drugiej ten trzeci i patrzą na siebie”.
Inna historia.
Przyjechała policja do nas na plan, a myśmy mieli już wcześniej takie wydarzenie, jak kręciliśmy scenę przyjazdu Lucy i jazdę samochodem razem z Jeffem przez most Siekierkowski. Najpierw kręciliśmy ujęcia z zewnątrz, jak oni jadą samochodem, a potem postawiliśmy samochód na lorę i oni jechali na przyczepie i się to fotografowało. Potem kręciliśmy podjazd pod dworzec „Warszawa Stadion” i to było związane z przerzutem ekipy. Niezwykle sympatyczny pan, który opiekował się samochodem, tym właśnie jeepem, powiedział, że pojedzie po benzynę i podjedzie do nas pod dworzec. Stacja była na tyłach Jagiellońskiej, miły pan był w krótkich spodenkach i modnie ogolony na łyso, jeep miał na użytek filmu przyczepione fałszywe numery ambasady amerykańskiej. Akurat przejeżdżał patrol policji z bronią długą. Zobaczyli fałszywe numery i faceta ogolonego na łyso. Wyskoczyli z samochodu i chcieli go aresztować. On się zaczął tłumaczyć, że to do filmu, no to podjechali pod film. Myśmy akurat się rozstawiali i pomagali nam policjanci wynajęci do współpracy, żeby zadbać o nasze bezpieczeństwo. Kierownik planu dyrygował nimi, żeby coś zrobili. Nagle podjechali tamci policjanci z awanturą, a nasz kierownik myślał, że to są ci wynajęci i się na nich wydarł. Tamci jak zobaczyli, że na nich krzyczą, to pokazali, kto tu rządzi... i trzeba było łagodzić sytuację, bo byli bardzo, bardzo zdenerwowani.
Z ich punktu widzenia sytuacja była co najmniej podejrzana. Fałszywa rejestracja, groźnie wyglądający gość i nagle jeszcze ktoś tu na nich krzyczy i każe im się wynosić, jak oni załatwiają służbowe sprawy.
Działy się różne rzeczy.
To, co w drugiej części było nie tyle może śmieszne, co sympatycznie bardzo, to duży udział mieszkańców Jeruzala w nagraniach. Myśmy mieli nawet taki zestaw pań z tamtejszego zespołu ludowego, które przywoziliśmy do Warszawy, żeby statystowały, bo one się niezwykle dobrze prezentowały przed kamerą i bywały takie sytuacje, że te panie biły na głowę zawodowych statystów. Bardzo ładnie to funkcjonowało.
W drugiej części była jeszcze taka sytuacja, że pod sklepem stał Arek jako policjant. Czekaliśmy na ujęcie. Podjechali prawdziwi policjanci, którzy chcieli coś załatwiać. Ja natychmiast podszedłem, żeby znowu nie było awantury i mówię: „ Przepraszam panów, ale to jest nasz policjant”, a oni na to „ My wiemy, że to wasz. U nas takich nie ma.”

Gosia: Panie Wojtku, wiemy, że za chwilę zaczyna Pan kręcić nowy serial „Halo Hans” i chciałam w związku z tym zapytać. Zauważyliśmy ,że w tym serialu gra większość aktorów, którzy grali w „Ranczu”. Czy to oznacza, że ma Pan swoich ulubionych aktorów z którymi lubi Pan pracować?

W.A: Ja na pewno mam swoich ulubionych aktorów, ale proszę też zwrócić uwagę, że ten serial produkuje też STUDIO A. Tak to jest, że producent skupia wokół siebie określoną grupę aktorów i realizatorów, która tworzy się w drodze naturalnej selekcji i powstaje taka ekipa, która dobrze się ze sobą czuje. Robiliśmy już tyle rzeczy razem, że ci ludzie bardzo się ze sobą zżyli i teraz, jeżeli podejmujemy się trudnych zadań, trudnych wyzwań – bo „Halo Hans” to jest trudne zadanie bardzo!! -to dobrze byłoby to robić z osobami, co do których ma się pełne zaufanie, które już się sprawdziły w różnych mniej i bardziej dramatycznych sytuacjach. Wiadomo, czego można od nich oczekiwać.
Pamiętam to, co powiedział kiedyś Gustaw Holoubek, a ja to zapamiętałem na całe życie i to powtarzam też studentom, że jest tak wiele czynników, które pomimo naszych chęci wpływają na ostateczny efekt dzieła artystycznego, że zadbajmy o to, co możemy, na przykład o to, żeby była dobra atmosfera. Dobierajmy sobie takich ludzi, z którymi przez długi okres czasu będziemy się chcieli codziennie spotykać.
Można kręcić w każdych warunkach i z każdym pięć, sześć, dziesięć dni, ale pół roku razem? Ludzie muszą mieć specjalne predyspozycje psychiczne - poza oczywistymi predyspozycjami zawodowymi. Tworzy się filmowa rodzina. Bez tego elementu nie ma szans.
Lubimy się, cenimy, chcemy ze sobą pracować. Tak to się dzieje.

Gosia: Zmieńmy trochę temat. Wiem, że ma Pan ukończona najpierw szkołę teatralną, czyli był Pan aktorem, a dopiero potem reżyserem. Czy całkiem zrezygnował Pan z aktorstwa?

W.A: Salka, w której siedzimy, to była salka, w której uczyłem się aktorstwa. Przez cztery lata tu studiowałem. Po roku pracy w teatrze stwierdziłem, że są rzeczy, które mi nie odpowiadają w tym zawodzie, chociaż był on moim wymarzonym i znów w tej sali miałem zajęcia, tym razem z reżyserii. Wiele powodów się na to złożyło. Przede wszystkim nie mogłem sobie poradzić z podziałem dnia pracy aktora, z tym że rano próby, a po południu spektakle. Nie mogłem się wyłączyć. Jak zaczynam jakąś rzecz, to chcę ją skończyć na dzisiaj i mieć już potem spokój, a tu były cztery godziny wolne, w czasie których trzeba było żyć, funkcjonować, coś zjeść, coś uprać, zrobić jakieś zakupy, a ja byłem ciągle w temacie próby, wieczornego przedstawienia - i to mi strasznie przeszkadzało.

Gosia: Wiem, że skończył Pan szkołę teatralną w 82 roku.
Uważam, że poza tym że był to bardzo trudny okres dla Polski, to chyba najgorszy moment z możliwych na zaczynanie kariery aktorskiej.

W.A: Tak.

Gosia: W telewizji był bojkot, bo przecież stan wojenny, w teatrach pewnie różnie.

W.A: Teatry zamknęły się w dużej mierze. Chroniły swój stan posiadania, żeby obronić atmosferę w środku.

Gosia: Jak Pan sobie poradził w takim momencie?

W.A: Myśmy sobie radzili różnie.

Gosia: Wiem, że wielu młodych aktorów w tym momencie po prostu padło.

W.A: Tak, 82 i 83 i 84 rok to były najgorsze lata. Prawie połowa z tych roczników wyjechała za granicę, szczególnie do Stanów, i pracuje tam nie w swoim zawodzie. Musieli rezygnować, bo było bardzo ciężko wystartować. W Warszawie angażowały tak naprawdę trzy teatry: ”Komedia”, „Rozmaitości” i „Popularny”, i część z nas znalazła etaty w tych teatrach, a ja po roku pracy poszedłem na reżyserię, bo to z jednej strony była ucieczka przed rzeczywistością, a po drugie w trakcie roku pracy w teatrze zrozumiałem, że mnie to bardziej interesuje, chociaż od siódmego roku życia chciałem być aktorem. Skończyłem szkołę aktorską w 82 r., a w 86 r. po raz ostatni wszedłem na scenę.

Gosia: A co najbardziej lubi Pan reżyserować filmy, seriale, a może przedstawienia muzyczne, bo wiem, że takie też Pan robi? Przy czym się Panu najlepiej pracuje?

W.A: Każdy z tych gatunków jest czymś innym, to się inaczej „robi”. Inaczej kręci się film, inaczej powstaje przedstawienie dramatyczne, inaczej muzyczne. Mnie tak naprawdę najbardziej fascynuje „sama reżyseria”, to znaczy sam proces tworzenia, bo to jest najwspanialsze, to jest najcudowniejsze. I jeżeli w jakiejś przestrzeni, czy wykreowanej przez kamerę, czy w przestrzeni teatru powstaje coś od początku, ja nad tym czuwam i widzę, jak według moich wskazówek z ludzi prywatnych, którzy się konkretnie nazywają, nagle wyłaniają się postacie dramatu, to obserwuję za każdym razem ten cud aktorskiego przeistoczenia z takim samym zachwytem, jak wtedy, gdy miałem sześć lat. Najbardziej fascynuje mnie lepienie, mniej premiera - mimo że jest to konfrontacja z widzem - bo proces twórczy już jest zamknięty...
Najbardziej lubię lepić. To jest najpiękniejsze.

Gosia: I nie ma to znaczenia, czy robi Pan serial, czy coś innego?

W.A: Generalnie rzecz biorąc - nie. Oczywiście po pewnym okresie, jak za dużo robię teatru muzycznego, to mi brakuje kamery, jak za dużo z kamerą, to brakuje mi teatru, bo to są jednak zjawiska uzupełniające się, ale powiem pani tak, że bardzo wiele osób, które nie były reżyserami, a spróbowały reżyserii, mówiły, że nie potrafią się pozbyć pragnienia, żeby zrobić to jeszcze raz, bo jest w tym zawodzie coś niezwykle pociągającego. Ale...
Jest takie pojęcie „samotność reżysera”. W momencie, jak się coś nie udaje, to wyłącznie reżyser jest odpowiedzialny: „wszyscyśmy robili to, czego pan sobie życzył”. To jest zawód wysokiego ryzyka. Bardzo łatwo jest powiedzieć:
„ proszę zburzyć tę ścianę, tę odmalować, tu wyświetlić czterech półnagich facetów, tu sprowadzić wysokich Murzynów, tutaj długą jazdę, tu wodotrysk…” Dobrze, ładnie - tylko to musi się sprawdzić! Bo jak się nie sprawdzi, to jest strasznie. Cóż, jest igranie z ogniem - jest adrenalina.
Nikomu jeszcze tego nie mówiłem. To pierwszy raz ( śmiech).

Gosia: I bardzo dobrze, i o to chodzi.
Wiem, że w 88 roku został Pan stypendystą rządu francuskiego i wyjechał Pan do Francji.


W.A: Tak, na cztery miesiące. Potem dostałem propozycję bycia dłużej, ale taki słowiański jestem i ciągnęło mnie tu z powrotem. Poza tym miałem już trzyletniego syna.

Gosia: Jak to się stało, że akurat Pan pojechał na to stypendium?

W.A: ( pochylony nad dyktafonem) Nie byłem tajnym współpracownikiem. ( śmiech) Nie mam żadnego pseudonimu. ( śmiech).

Gosia: Nie o to mi chodzi, myślałam, że może był jakiś konkurs?

W.A: Nie. Był słynny pokój 117 w Ministerstwie Kultury i Sztuki: biuro do spraw współpracy z zagranicą, dział, do którego zgłaszali się na stypendia studenci ze szkół plastycznych, muzycznych i teatralnych i tam wziąłem formularz, złożyłem podanie i zostałem przyjęty. Tak to było.

Gosia: A proszę mi powiedzieć, czy coś Panu dał taki wyjazd?

W.A: Ogromnie dużo. To był mój pierwszy wyjazd za granicę do kraju kapitalistycznego. Wcześniej zwiedziłem wszystkie „demoludy” ( młodszym wyjaśniam: demoludy- Kraje Demokracji Ludowej).
To co zobaczyłem to był dla mnie po prostu szok. Dla dorosłego już mężczyzny, miałem wtedy 29 lat, zobaczenie, jak to wygląda z drugiej strony, było wielkim przeżyciem. Przez pierwszy tydzień czułem się, jakbym gorączkę miał, bo ja nie wiedziałem, że ten świat tak wygląda. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. W błyskawicznym tempie zorientowałem się, jak jesteśmy zapóźnieni, jak wielu rzeczy nam brakuje, jak jest fałszywe wyobrażenie, że tam stoją jakieś dywizje, które chcą zaatakować miłujący pokój Układ Warszawski. Przeżyłem szok, co to znaczy wolność słowa. Pracowałem w państwowym teatrze, dotowanym przez rząd francuski, w którym reżyser, dyrektor teatru o przekonaniach zdecydowanie lewicowych, robił za pieniądze rządu przedstawienia, w których temu rządowi dokopywał - i to było naturalne, bo była wolność wypowiedzi artystycznej. Dla człowieka, który przyjechał stąd, to był szok. Dzięki temu, że mogłem zobaczyć te wszystkie muzea, wszystkie zabytki, pochodzić po kinach, pochodzić po teatrach, mogłem naładować akumulatory na parę lat. Przywiozłem różnego rodzaju książki, teksty, które potem mi służyły.
Miałem przede wszystkim pojęcie, jak wygląda życie teatralne i dookołateatralne. Że teatry, zwłaszcza te państwowe, są promieniującymi, zwłaszcza na dzielnice, ośrodkami, wokół których ludzie się zbierają, że są gazetki, kółka, że to jest potężna działalność. No, a jak potem drugi raz wyjechałem, bo później robiłem tam przedstawienie, to już udało mi się bardzo precyzyjnie poznajdować teksty. Między innymi przywiozłem „La Souper” Jean-Claude’a Brisville, który potem wystawiłem jako „Kolację” w teatrze „Powszechnym” w Warszawie z Gajosem i z Kowalskim ( premiera 15.XII.1990, 102 spektakle). Nagle zrozumiałem, że ta cała kultura zachodnia, od której byliśmy odcięci, ona jest na wyciągnięcie ręki, i to był szok, czego nas przez te lata pozbawiono. Stworzono z nas ludzi, którzy wchodząc do Pewexu doznawali szoku, bo wydawało się im, że to powiew wielkiego świata, a tymczasem Pewex to były tanie sklepy. Inny poziom, standard życia. Zobaczyłem wypadek na ulicy, do którego przyjechali strażacy, policjanci i karetka. Trzy wozy przyjechały w dwie minuty do człowieka, który spadł z roweru i sobie nogę skręcił. Natychmiast każdy z ratowników wiedział, co robić. W socjalizmie, w którym mówiło się, że „Człowiek to brzmi dumnie”, ten ranny człowiek musiałby dwie godziny czekać na pomoc. Straszne to było doświadczenie.
Mogłem tam poznać parę znanych osób. Zostałem zaproszony dzięki mojemu profesorowi Maciejowi Wojtyszko na spotkanie z Haliną Mikołajską, która akurat była w Paryżu. Dla reżysera i dla człowieka było to bardzo ważne. Moje poglądy się stabilizowały. Na życie i sztukę.

Gosia: Myślę, że poglądy większości Polaków były ustabilizowane.

W.A: Tak, oczywiście, ale to jest co innego, jak coś się wie i co innego, jak to się zobaczy.

Gosia: Czym różni się praca reżysera za granicą od pracy reżysera w Polsce, czy się różni?

W.A: Potwornie się różni, potwornie się różni, bo musi mówić do innej publiczności. To jest sytuacja taka, że po pierwsze - wydobyć coś z aktora Polaka jest łatwiej dlatego, że perfekcyjnie znam ten język, mogę się posługiwać idiomami, a jednocześnie odwoływać się do naszych wspólnych doświadczeń. Tam, instruując aktora Francuza musiałem raczej bazować na tym, że muszę mu precyzyjnie przekazać wszystko werbalnie, bo o porozumieniu niewerbalnym nie było mowy. Po drugie - ten widz jest inny. Każdy teatr pracuje na rzecz swojego narodu. Kino jest międzynarodowe, ale teatr jest narodowy. Musiałem robić przedstawienia na przykład takie, żeby dzieci francuskie śmiały się z tego samego, z czego śmieją się dzieci polskie, a to nie jest łatwe. Jak pamiętam szkołę podstawową, do której ja chodziłem, to na przerwach był jeden wielki krzyk i trudno było te dzieciaki uspokoić. Natomiast jak zajrzałem do szkoły francuskiej na przerwie, to te same dzieciaki tak nie biegały, ale dlatego, że one miały przydzielone różnego rodzaju zadania.
Na małych Francuzów była zrzucona większa odpowiedzialność za stan szkoły, czystość, różne rzeczy. Podobnie jest w Stanach. Tam jest żywa i nie zdegenerowana idea pracy społecznej. Wszyscy, którzy mieszkają na przykład w danej dzielnicy, im są na wyższych stanowiskach i więcej znaczą, tym więcej działają społecznie w różnego rodzaju komitetach, radach na rzecz tej malutkiej ojczyzny, tej dzielnicy, tej ulicy.
To jest to, co u nas było przez socjalizm zwulgaryzowane, te czyny społeczne - to tam było naturalne, że się wszyscy troszczą o to, żeby u nich było miło. Im kto jest bardziej wykształcony, im więcej może, tym więcej musi dawać tej małej społeczności. Nie jakiejś społeczności 70 km dalej, tylko tej tutaj. To jest właśnie odpowiedzialność i tego właśnie były te małe dzieci francuskie uczone, a u nas tego nie ma.

Gosia: Ja myślę, że u nas jeszcze funkcjonuje w ludziach te 40 lat socjalizmu, kiedy był to przymus i naturalny opór.

W.A: Na szczęście widzę w swoich dzieciach, że tego nie ma, bo one tego nie doświadczyły, ale w moim pokoleniu i w pokoleniu rodziców to ciągle funkcjonuje. Niestety zostanie taka skaza.

Gosia: Panie Wojtku, reżyserował Pan w różnych miejscach, a czy było takie miejsce gdzie się Panu wyjątkowo dobrze pracowało?

W.A: Mnie się wszędzie w miarę dobrze pracowało. Nie pamiętam takiej sytuacji, żebym miał złe wspomnienia. Wszystkie moje przedstawienia, wszystkie moje filmy to są moje dzieci. Ja je wszystkie kocham bez względu na to, czy wszystkie mi się udały. Mam do nich tak samo ciepły stosunek, bo w danym momencie robiłem je tak, jak najlepiej potrafiłem. Na pewno nie wszystkimi bym się chwalił. Na pewno są takie realizacje, których nie wspominam dobrze, ale kocham je. Było, minęło. Widocznie był taki układ ludzi, taki układ gwiazd. Nie ma sensu tego mówić gdzie mi się pracowało źle, bo po co? To było, minęło, to już jest przeszłość. Na pewno tam mi się pracuje najlepiej, gdzie się wytwarza między ludźmi coś więcej niż tylko obowiązek wspólnego odbębnienia próby od 1000 do 1400 lub nakręcenia określonej ilości materiału zdjęciowego od 730 do 1930 na planie. Gdzie wytwarza się coś więcej, ale żeby się coś więcej wytworzyło, to najpierw ja muszę coś z siebie dać. Jak coś z siebie daję i napotkam odzew, to jest fantastycznie, a jak nie, to jest smutno.

Gosia: Wiem, że jest Pan prodziekanem tej uczelni.

W.A: Tak, wydziału reżyserii. W poprzedniej kadencji byłem tu dziekanem, teraz jestem prodziekanem.

Gosia: Proszę mi powiedzieć, czy praca pedagogiczna sprawia Panu przyjemność, czy lubi pan uczyć?

W.A: Tak, lubię. Dlaczego lubię? Niewiele jest uczelni takich poza artystycznymi, gdzie profesor wykładający odnosi też jakąś korzyść z zajęć. Przekazując wiedzę w tak nietypowej uczelni nie mogę zbyt wiele narzucić, bo pracujemy w materii, która jest nie do końca określona. Na pewno zna pani takie filmy, które się pani bardzo podobały, a słyszała pani od kogoś, że to do bani i odwrotnie. To jest pani święte prawo i tej osoby również. Dlatego mogę studentom wiele podpowiadać, prostować ścieżki, którymi podążają, ale nie mogę niczego narzucić. W ramach tej uczelni fascynujące jest to, że ktoś może coś zyskać ode mnie, ale ja od tego młodego człowieka, który nic nie umie jeszcze, też się czegoś mogę nauczyć. Mogę się nauczyć świeżości spojrzenia, mogę się nauczyć tego, czym żyje, czego słucha, co czyta, bo nie czytamy przecież tego samego.
Dwa nazwiska kompozytorów i cztery płyty pojawiły się u mnie tylko dlatego, że mi student powiedział, że taki kompozytor istnieje. Ja nie wiedziałem. Ja dowiaduję się też, jacy są Ci młodzi ludzie, przecież ja dla ich rówieśników też reżyseruję. Nauczyłem się od nich wiele. Dzięki nim jestem trochę na bieżąco ze słownictwem, z obyczajami. Oni robiąc czasami rzeczy bardzo złe mają ten cudowny dar braku lęku, działania poza rutyną. Oni mają tę odwagę w sobie, którą ma młodość.

Gosia: Panie Wojtku, jest Pan prodziekanem i wykładowcą tutaj, wiem, że jest Pan etatowym reżyserem teatru „Ateneum”, robi Pan seriale, robi Pan filmy, przedstawienia muzyczne i jeszcze ma Pan czas na to, żeby spotkać się z nami i jeszcze być na forum naszym Szeryfem. Proszę powiedzieć, jak Pan to robi, bo wydaje mi się, że 24 godzin nie starcza na to wszystko?

W.A: Należę do tego grona osób szczęśliwych, które mogą uprawiać swoje hobby jako zawód. Znalazłem sobie w życiu pasję. Bardzo wiele osób ma pasję, ale mnie za to, że mogę realizować tę pasję, ktoś jeszcze chce płacić! Jestem w tej cudownej sytuacji, że nie potrzebuję hobby do tego, żeby funkcjonować jako człowiek szczęśliwy. Ja to po prostu lubię. Myślę, że jestem pracoholikiem, który się świetnie w pracy czuje. Do tego jeszcze dochodzi bardzo wyrozumiała rodzina, która w jakiejś mierze jest poszkodowana, ale jakoś sobie z tym radzi. To po prostu trzeba lubić. Nie ma na to innej odpowiedzi. Jeżeli coś mnie spala, czy coś mnie kosztuje, to najwyżej będę spał trzy godziny, ale coś jeszcze zrobię.

Gosia: Tak myślałam, że to właśnie tak wygląda.

W.A: To tak musi być, bo jak się nie poświęci sztuce wszystkiego, to nic z tego wyjdzie. Trzeba się w to zanurzyć, chociaż nigdy nie wiadomo, czy się uda, czy nie.

Gosia: Panie Wojtku, niewiele jest informacji na temat Pana rodziny, czy może nam Pan coś powiedzieć?

W.A: Oczywiście. Moja żona jest absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze. Poznaliśmy się na studiach. To był wydział teoretyczny, ja byłem na wydziale praktycznym. Moi koledzy twierdzą, że był to jeden z przykładów udanej koegzystencji tych dwóch wydziałów. Małżeństwem jesteśmy już 23 rok. Mamy dwóch synów. Jeden ma na imię Maciej. Studiuje kulturoznawstwo. Młodszy jest w liceum, ma na imię Piotr i równolegle uczy się w szkole muzycznej. Prawdopodobnie jego kariera będzie związana z grą na perkusji, bo jest w tym kierunku wyjątkowo utalentowany. Żona w tej chwili kończy działalność swojej firmy, bo zajmowała się przez wiele lat prowadzeniem spółki handlowej. Od dłuższego czasu zajmuje się pisaniem. W lutym odbędzie się promocja jej kolejnej książki, chyba już piątej, tym razem opowiadającej o życiu na planie serialu filmowego i absolutnie chciałbym zdementować, jakoby tam były jakiekolwiek szczegóły z mojej biografii (śmiech). Oprócz tego mamy jeszcze psa. Moi rodzice przez blisko 30 lat pracowali w teatrze, stąd chyba moje zamiłowanie do teatru. Jestem jedynakiem.

Gosia: Pracuje Pan bardzo dużo, a jak Pan odpoczywa?

W.A: Pracując. Czasami jak jest bardzo źle, to potrzebuję dwóch, trzech dni, żeby złapać jakiś oddech. Drugi tydzień urlopu już jest męczący.

Gosia: Już się robi nudno, tak?

W.A: Już się robi jakoś tak dziwnie. Nudno. Mam nadzieje, że jestem taki jak moja maszynka do brody, ona ma samoostrzące się noże. Mam nadzieję, że sam się też cały czas ostrzę.

Gosia: Przeczytałam, że od 89 roku jest Pan członkiem MENSA.

W.A: Tak.

Gosia: A możemy zapytać o Pana iloraz inteligencji? Jeżeli to nie jest tajemnica. Jest to bardzo ciekawe.

W.A: Ja mogę powiedzieć, ile mi wtedy policzyli - 148. To nie jest jakiś taki rewelacyjny wynik ( śmiech).

Gosia: Od tylu przyjmują, ale w Polsce, bo w USA od 134. W Stanach byłby Pan wysoko. Proszę nam powiedzieć, jak wygląda taki egzamin.

W.A: To było w jakiejś auli na uniwersytecie. Dostałem zadrukowany zadaniami zeszyt. Wszystkie były oparte na tym samym schemacie, że jest pięć rysunków i trzeba narysować szósty albo wybrać, który będzie szósty. Chodziło o to, żeby za każdym razem znaleźć prawidłowość, według której są one skonstruowane. Trzeba było to zrobić w ciągu pół godziny.

Gosia: Panie Wojtku, na koniec mamy dwie prośby, jeżeli zaczniecie kręcić wersje kinową albo trzecią część. Na miejscu w Jeruzalu mamy Radka i Danusię, w związku z tym mamy sporo zdjęć z Jeruzala. Nie mamy natomiast na forum zdjęć z dworku. Gdybyśmy mogli kiedyś umówić się z Panem, podjechać i zrobić parę zdjęć, to było by fajnie.

W.A: Forum Ranczerów ma specjalne prawa.

Gosia: Bardzo się cieszymy. Chcieliśmy jeszcze poprosić, żeby przewidział Pan jakiś jeden piątek z krótszym dniem zdjęciowym i sobotę, kiedy można się będzie dłużej wyspać. Może udałoby nam się powtórzyć takie spotkanie.

W.A: Zlot. Oczywiście. Możemy się już umawiać. Musimy odpowiednio wcześnie wiedzieć, ale to się na pewno uda. My jesteśmy już tak zakolegowani i na takich prawach forum funkcjonuje, że to jest do zrobienia.

Gosia: My się bardzo cieszymy i jednocześnie zaskakuje nas Pana stosunek do nas.

W.A: Dlaczego? To jest absolutnie naturalne, dlatego że myśmy coś wykonali i ktoś nam powiedział, że to się podoba, wiec to jest oczywiste. Forum Ranczerów uzasadnia funkcjonowanie ekipy serialu „ Ranczo”.

Gosia: Bardzo dziękujemy, że znalazł Pan czas w swoim bardzo napiętym harmonogramie. Bardzo było nam miło.

W.A: To dla mnie była przyjemność.

Gosia: Dla nas też.

Obrazek Obrazek Obrazek


Kopiowanie, modyfikowanie i wykorzystywanie treści powyższych wywiadów wyłącznie za zgodą autorów i administracji forum www.ranczo.org




Czekam na wasze uwagi. Każdą krytykę jak zwykle przyjmę z pokorą.

Chcę jeszcze bardzo serdecznie podziękować Singri i Alince, które towarzyszyły mi na spotkaniu z panem Wojtkiem. Alince bardzo, bardzo dziękuje za pomoc przy opracowaniu tego tekstu. Poświęciła swój czas, żeby sprawdzić te moje wypociny. Bez jej pomocy byłoby mi dużo trudniej.
Ostatnio zmieniony 08 lut 2007, 23:39 przez Gosia, łącznie zmieniany 10 razy.
[b][i]"Każdy i zawsze, jak sądzę, do czystej kartki papieru powinien zasiadać z pokorą, ale też i z odwagą, tylko świadomą ryzyka".
[/b][/i]
[color=blue][b][i]Robert Brutter[/i][/b][/color]

Awatar użytkownika
zbycho
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 344
Rejestracja: 22 gru 2006, 12:21
Lokalizacja: Wilkowyje

08 lut 2007, 15:11

Dziękuję.Tylko tyle potrafie powiedziec za tak wspaniały wywiad :pada:
[b]Bo nawet gdy się boisz,to boisz się Ty.I nawet jeżeli cię pocieszają,że nie ma się czego bać,to i tak sie boisz.
To jest Twój strach.Nikt tego za ciebie nie poczuje[/b].

Awatar użytkownika
macphisto
Osobowość forum
Osobowość forum
Posty: 1130
Rejestracja: 22 gru 2006, 14:19
Lokalizacja: Saalfeld/Mohrungen/Warsaw
Podziękował(a): 48 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 97 razy
Kontakt:

08 lut 2007, 15:12

rewelacja jestem pod wrażeniem dziękuję Gosiu :mrgreen: :pada:
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't - Fight Club.

http://www.macphisto.fbl.pl

https://www.facebook.com/wObiektywieAlexis <-skromna galeria

shy Ann
Zaangażowany komentator
Zaangażowany komentator
Posty: 65
Rejestracja: 27 sty 2007, 15:41
Lokalizacja: stolica Wlkp.
Kontakt:

08 lut 2007, 16:17

Doskonała robota! Naprawdę ! Doceniam Gosiu Twój wysiłek i czas, jaki poświęciłaś na przeprowadzenie tego fascynującego wywiadu i umieszczenie go na forum :-D Jestem pod wielkim wrażeniem nietuzinkowej osobowości p. Adamczyka. Gratuluję mu tego,że spełnia się w życiu realizując swoją pasję i życzę mu dalszych sukcesów w pracy zawodowej ;) :D
Więcej spojrzeń Kusego spod grzywki, serwuple!!!

Japycz+Pietrek+Hadziuk=JTTPT [Jedyne Takie Trio Podsklepowych"Trębaczy":)]

Awatar użytkownika
nowosz
Początkujący
Początkujący
Posty: 44
Rejestracja: 27 sty 2007, 7:53
Lokalizacja: mazowieckie

08 lut 2007, 17:27

Wywiad jest niesamowitym wzbogaceniem i tak już rewelacyjnego forum. Osobiście uważam, że ta strona jest dużo bardziej reprezentatywna dla serialu niż oficjalna strona Rancza, na której od maja 2006 chyba nic się nie dzieje. Dziękujemy Panu Reżyszeryfowi za poświęcony czas i wszystko, czego już dokonał a dokonał rzeczy wielkich.

Awatar użytkownika
Bogna23
Moderator
Moderator
Posty: 715
Rejestracja: 22 gru 2006, 20:17
Lokalizacja: Podkarpacie
Podziękował(a): 71 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 145 razy
Kontakt:

08 lut 2007, 20:36

Dzięki Gosiu! Spisałaś się rewelacyjnie - i nawet nie myśl, że jest inaczej - bo skoro wyciągnęłaś od Pana Adamczyka informacje, które jak sam zauważył ujawnił po raz pierwszy - to tylko Twoja zasługa! A te pytania o zmany fizyczne aktorów - to już chyba nie dało się bardziej zakamuflować!!! :)
Czekamy na nastepne - bo chyba nikt na forum nie ma wątpliwości, że mamy swoją, zawodową dziennikarkę!!!

danka
Przyjaciel
Przyjaciel
Posty: 32
Rejestracja: 27 gru 2006, 23:33
Kontakt:

08 lut 2007, 21:32

Gosiu! Śmiało możesz studiować dziennikarstwo (podyplomowe tylko 2 lata). Masz talent. Spełniłaś podstawową zasadę, poszłaś przygotowana do rozmowy. Spróbuj ten wywiad skrócić i wyślij do czasopism. Poza satysfakcją, dostaniesz kasę. Radzi Ci nie tylko koleżanka, ale dziennikarka (podyplomowa - mało pisząca). I dodam, że wywiad jest jednym z najtrudniejszych gatunków dziennikarskich. Lubię pisać reportaże (obecnie historyczne). GRATULACJE!

I jeszcze ciekawostka!
Napisałam scenariusz do powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk: "Niebieskie nitki", której akcja dzieje się w Mińsku Mazowieckim. Trwają próby - gra młodzież. Premiera odbędzie się 20 marca w LO Mrozy, a gościem będzie na pewno autorka, i być może również Pan Wojtek Adamczyk (obiecał, ale czy znajdzie czas?). Zachęcam do przeczytania powieści Pani Małgosi - są świetne. Moja młodzież jest zachwycona.
W dniu 17 lutego (sobota) w EMPiKu Megastore w Warszawie przy ulicy Nowy Świat o godzinie 17 odbędzie się promocja nowej powieści: "Serenada, czyli moje życie niecodzienne".

Awatar użytkownika
Gosia
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 372
Rejestracja: 22 gru 2006, 16:39
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał(a) podziękowań: 3 razy
Kontakt:

09 lut 2007, 11:02

Bardzo, bardzo dziękuje Wam za uznanie. :) Myślę,że jeżeli podobała Wam sie ta rozmowa to jest to przede wszystkim zasługa bardzo ciekawej osobowości pana Wojtka Adamczyka. Wyciaganie od niego informacji nie było specjalnie trudne. Pan Wojtek mówił bardzo chętnie. Widać było,że bardzo nas forumowiczów lubi. :)

Bgusiu!
Mam nadzieję że mimo zakamuflowania domyśliłaś sie o co, a właściwie o kogo chodziło ( mam nadzieję,że nie tylko Ty). Jaśniej sie nie dało, ale pan Adamczyk domyślił się natychmiast.

Dausiu!
Uznanie w oczach takiego profesjonalisty jak ty, to dla mnie duża sprawa. Z tym moim talentem to gruba przesada. Łatwo jest zrobić coś takiego, kiedy się ma takich rozmówców.

Nie będę wysyłać tekstów do żadnej gazety ponieważ uważam,że te rozmowy to zasługa nas wsystkich. Wszyscy razem wypracowaliśmy sobie takie sympatyczne kontakty z ekipą "Rancza" i te teksty są naszą wspólną własnością, własnością Forum.
Najwiekszą nagrodą i zapłatą dla mnie jest to, że mogłam porozmawiać z tak interesującym człowiekiem jak pan Adamczyk i wasze uznanie. Jeżeli w jakiś sposób ten tekst wzbogaci Forum to bardzo się cieszę.
[b][i]"Każdy i zawsze, jak sądzę, do czystej kartki papieru powinien zasiadać z pokorą, ale też i z odwagą, tylko świadomą ryzyka".
[/b][/i]
[color=blue][b][i]Robert Brutter[/i][/b][/color]

Awatar użytkownika
macphisto
Osobowość forum
Osobowość forum
Posty: 1130
Rejestracja: 22 gru 2006, 14:19
Lokalizacja: Saalfeld/Mohrungen/Warsaw
Podziękował(a): 48 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 97 razy
Kontakt:

18 lut 2007, 13:31

ja też mam taką nadzieję :)
We've all been raised on television to believe that one day we'd all be millionaires, and movie gods, and rock stars. But we won't - Fight Club.

http://www.macphisto.fbl.pl

https://www.facebook.com/wObiektywieAlexis <-skromna galeria

Awatar użytkownika
Tengel2
Moderator
Moderator
Posty: 1129
Rejestracja: 31 sty 2007, 19:17
Podziękował(a): 430 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 179 razy

18 lut 2007, 13:42

TEn wywiad jest naprawde rewelacyjeny. Gratki Gosiu
"Albowiem noc jest ciemna i pełna strachów" - George R. R. Martin

Obrazek

Awatar użytkownika
Gosia
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 372
Rejestracja: 22 gru 2006, 16:39
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał(a) podziękowań: 3 razy
Kontakt:

18 lut 2007, 19:23

Dzięki wszystkim. :)
[b][i]"Każdy i zawsze, jak sądzę, do czystej kartki papieru powinien zasiadać z pokorą, ale też i z odwagą, tylko świadomą ryzyka".
[/b][/i]
[color=blue][b][i]Robert Brutter[/i][/b][/color]

Awatar użytkownika
Arpik
Super User
Super User
Posty: 313
Rejestracja: 14 maja 2009, 14:39
Lokalizacja: Mielec
Otrzymał(a) podziękowań: 5 razy

16 lip 2009, 13:30

Mam to szczęście,że poznałem Wojciecha Adamczyka osobiście.
zacytuję tylko Czerepacha:"Geniusz"!
"Fleksja,to Pańska suka była..."

Ewa47
Super User
Super User
Posty: 1061
Rejestracja: 06 lip 2009, 21:41
Lokalizacja: Warszawa
Podziękował(a): 46 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 12 razy

26 lip 2009, 21:13

Poznac samego szeryfa to naprawdę trzeba miec szczęście ,wywiad byłbardzo ciekawy.dziekuje Gosiu.Czytałam o W.Adamczyku w ksiązeczkach, które ukazuja się co 2 tygodnie.
Ewa

Awatar użytkownika
dami1995zg
Pasjonat
Pasjonat
Posty: 170
Rejestracja: 23 lis 2009, 12:46
Lokalizacja: Zielona Góra (ZG)
Podziękował(a): 2 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 3 razy

07 mar 2011, 20:37

Bardzo duzo czasu musiała pani nad tym spędzić
powiem tyle świetny wywiad świetna robota pani Gosiu :P
pozdrawiam :) :)

Awatar użytkownika
Jacenty
Osobowość forum
Osobowość forum
Posty: 334
Rejestracja: 26 sty 2011, 13:18
Lokalizacja: Włocł@wek
Podziękował(a): 57 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 52 razy

07 mar 2011, 21:08

Dobrze, że odświeżyłeś ten temat, z który należą się autorce podziękowania!!!
Ostatnio zmieniony 07 mar 2011, 22:56 przez Jacenty, łącznie zmieniany 2 razy.
"Jak kometa przeleci, to jakieś nieszczęście będzie. Inaczej po co by leciała...?" - Michałowa

qwerty
Super User
Super User
Posty: 898
Rejestracja: 21 mar 2010, 12:27
Otrzymał(a) podziękowań: 6 razy

07 mar 2011, 22:54

Świetnie :P
Wreszcie przeczytałem :hihi:
To jest bardzo dobry tekst, szczególnie, że też chciałbym w przyszłości zająć się filmem i właśnie myślę nad przyszłością i studiami, a ten wywiad przybliżył mi pracę reżysera i scenarzystów, a także samą osobę Pana Wojciecha Adamczyka :yes:

Awatar użytkownika
Przemo94
Moderator
Moderator
Posty: 1715
Rejestracja: 10 sie 2013, 13:39
Lokalizacja: Mrągowo
Podziękował(a): 331 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 574 razy
Kontakt:

14 sie 2013, 18:34

Rewelacyjny wywiad. Dzięki niemu dowiedziałem się dużo o Szeryfie. Brawo.

Awatar użytkownika
tomek1
Super User
Super User
Posty: 922
Rejestracja: 25 lip 2013, 15:45
Lokalizacja: Izbiska
Podziękował(a): 43 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 76 razy
Kontakt:

14 sie 2013, 18:37

ciekawy wywiad,dużo można się z niego dowiedzieć o rezyserze ;) :good:

Awatar użytkownika
kamil150-k
Zaangażowany komentator
Zaangażowany komentator
Posty: 54
Rejestracja: 30 sty 2014, 7:55
Lokalizacja: Krasnobród/Zamość
Podziękował(a): 5 razy

28 mar 2014, 23:05

Super :)

oldskool
Nowicjusz
Nowicjusz
Posty: 5
Rejestracja: 05 maja 2014, 10:07

05 maja 2014, 10:28

Wywiad ciekawy ,ale jednak nie udało się Pana Niemczyka umieścić w serialu .Parę razy już nie pamiętam ile była scena na cmentarzu i zdjęcie pokazane Św. pamięci Niemczyka ale po nic .To było pewne, że nie da rady zbyt skomplikowane ,mając jeszcze na uwadze fatalne efekty z tematem byków.

ODPOWIEDZ