Jerzy Niemczuk: Ani dnia bez linijki

W tym dziale znajdziecie nasze autorskie wywiady z ekipą serialu.
Awatar użytkownika
admin
Użytkownik
Użytkownik
Posty: 1148
Rejestracja: 15 gru 2006, 17:42
Lokalizacja: M@zowsze
Podziękował(a): 369 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 714 razy
Kontakt:

02 sie 2014, 8:00

Jerzy Niemczuk: Ani dnia bez linijki
Obrazek
Jerzy Niemczuk. Fotografia z prywatnego albumu autora.

Forum Ranczersów: Na początku września do księgarń trafi Pana nowa powieść pt. „Bat na koty”. Z pierwszych zapowiedzi dowiedzieliśmy się, że będzie to opowieść obyczajowo-sensacyjna z mazurskimi klimatami w tle. Jakie jest główne przesłanie tej opowieści i do jakiego czytelnika jest ona adresowana?
Jerzy Niemczuk: Przesłanie to za wiele jak na moje skromne zamiary. Chciałem po prostu napisać o społecznym wykluczeniu w taki sposób, żeby czytelnik poczuł empatię wobec postaci, która próbuje odbić się od dna egzystencji. Opowiedzieć jej los w sposób intrygujący. Czyli nie przesłanie, ale wyzwanie mi przyświecało. Spełnienie dla przeciętnego człowieka to wyrwać się z przeciętności, dla mojej bohaterki zwykła egzystencja z jej niedostatkami to pułap marzeń. Jej świat bywa brutalny, ale nie brak w nim ludzkich odruchów. Postaci są niejednoznaczne.
Co do czytelnika… W Polsce książki czytają kobiety. Liczę głównie na nie, bo mam wątpliwości, czy kobieca bohaterka zainteresuje wielu mężczyzn. W historii literatury to się zdarzało: „Pani Bovary”, „Anna Karenina”. Inteligentna i wrażliwa kobieta byłaby dla mnie czytelnikiem idealnym. Mam jednak nadzieję, że ten adres nie zniechęci czytelniczek, które się uważają za nieinteligentne i niewrażliwe.


FR: Już sam tytuł powieści jest niezwykle intrygujący. Czy mógłby Pan zdradzić skąd wziął się tytułowy bat na koty?
Jerzy Niemczuk: Pewien mój młody znajomy opowiadał mi o staruszce, która dokarmiała dzikie wiejskie koty. Wygłodzone bywały agresywne i kobiecina sprawiła sobie na nie bacik. Trzaskała nim w powietrzu i koty odstępowały. Wisiał ten bat nade mną lat wiele a ostatnio sam dokarmiam dzikie wygłodzone koty, które latają w powietrzu niczym nietoperze i prują pazurami torby, kiedy wynoszę jedzenie. Teraz ten bat mi się przydał, ale do powieści. Akcja toczy się w fikcyjnym Kotowie. Stara Mazurka dokarmiająca koty jest jedną z postaci. Notabene uzbrojona w bat, narzędzie dyscyplinowania nieco groteskowe, jednak skuteczne. Czasami nawet pomoc bywa bolesna. Może o to mi chodziło. Oczywiście o to, żeby zaintrygować tytułem, też. „Pan Tadeusz” mnie na przykład nie intryguje, choć doceniam zawartość.

FR: Osadzenie miejsca akcji na małej mazurskiej wsi na pewno nie jest przypadkowe. Wiemy przecież, że ten region Polski jest Panu szczególnie bliski. Czy, a jeśli tak, to na ile doświadczenia wynikające z mieszkania i obserwowania z bliska ludzi żyjących na Mazurach pomogły Panu podczas pracy nad książką?
Jerzy Niemczuk: Ja opisuję swoisty apartheid, w jakim żyją rdzenni mieszkańcy Mazur i właściciele domów przybyli z miasta, zwani niezbyt precyzyjnie letnikami, bo coraz częściej zostają oni na zimę. To nieco przypomina istnienie luksusowych enklaw w miastach, oddzielonych od reszty szlabanami i murami. W powieści te dwa osobne plemiona nawiązują ze sobą kontakt nieco bliższy. Okazuje się, że mogą sobie coś dać nawzajem.

Główną bohaterką książki jest Asia, młoda matka samotnie wychowująca 3-letnią córkę. Życie poddało ją wielkiej próbie, a mimo tego potrafi „cieszyć się z tego, co jest, a jak się nie ma z czego cieszyć, to przynajmniej nie martwić, że nie ma”. Czy na obrazie tej współczesnej siłaczki odnajdziemy jakąkolwiek rysę?
Jerzy Niemczuk: Asia jest zwyczajną dzielną kobietą, która sama dźwiga ciężar rodzicielstwa, a to dla większości mężczyzn wyzwanie nie mniejsze od urodzenia dziecka. Ona jest trochę jak Wiewiór z „Epoki lodowcowej”, który pośród globalnego kataklizmu szuka swojego orzeszka. Chciałbym, żeby w tych poszukiwaniach towarzyszyły jej emocje czytelników. Żeby jej los nie był mniej ekscytujący od robienia kariery w korpo. Skala finansowa znacznie skromniejsza, ale mentalny sukces nie do przecenienia. Drobne spełnienia nie są dla szczęścia mniej ważne od dużych rzeczy. Chyba nawet ważniejsze, bo to z nich się życie składa a nie z przedmiotów. Nie znam nikogo kto pod koniec życie może szczerze deklarować, że wprawdzie nie udały mu się trzy małżeństwa i inne wolne związki, dzieci z tych małżeństw znać go nie chcą, przyjaciół nie miał, ale był szczęśliwy, bo w luksusowym domu przeżył kilkadziesiąt najnowszych modeli samochodów. Asia oczywiście ma skazy. Jest oszczędna do przesady, nieufna, podejrzliwa i urazowa, a przede wszystkim bez wiary we własne siły. O odzyskiwaniu tej wiary opowiadam. Ta postać ma w rzeczywistości swój żyjący prototyp. Losy nieco podobne. Bez tej prawdziwej nie byłoby fikcyjnej.
Jerzy Niemczuk, Bat na koty pisze:Fragment I Przeliczyła pieniądze, których po raz pierwszy od lat przybywało. Rozprostowała je, poskładała je starannie i włożyła do puszki po herbacie. Puszkę ustawiła na szafce i przykryła starym słomkowym kapeluszem. Dopiero potem przygotowała Mai herbatę z sokiem malinowym, który dostała od Faryny i bułkę z twarogiem i rzodkiewką. Dziewczynka najadła się słodyczy i owoców u Hanki. Więcej nie chciała. Po kolacji postawiła małą w misce i umyła od stóp do głów gąbką, zawinęła w duży postrzępiony ręcznik i zaniosła do łóżeczka. Zamiast czytać bajkę na dobranoc, opowiadała, jakie będzie ich życie, jak im się poprawi. Pojadą do wielkiego miasta, do Gdańska, albo nawet do Warszawy, bo do obu tyle samo drogi, i kupią sobie, co im się spodoba. Ale po jednej rzeczy. Wyjadą rano i wrócą tego samego dnia, żeby nie nocować, bo hotel drogi. Za jedną noc można telewizor używany kupić. A telewizor by się przydał, nieduży, bo po co im duży, skoro obie dobre mają oczy. I co w domu będzie, opowiadała. Łazienka taka jak u babci Hanki, z ciepłą wodą, tylko mniejsza. A kiedyś nawet komputer będą miały, bo z niego wszystkiego się można dowiedzieć. Maja słuchała urzeczona. Lubiła te opowieści nie mniej niż bajki. A w końcu przymknęła oczy i zasnęła, a Asia dalej opowiadała o swoich marzeniach, bo nawet jak się nic nie ma, to można je mieć na przyszłość, nie spieszyć się do nich za wszelką cenę, skoro jeszcze nie można zapłacić, ale nie spuszczać ich z oczu. Jej marzenia były skromne, rozsądne, nieco używane, lecz w dobrym stanie, w sam raz dla kogoś takiego jak ona. Jedno się spełniło. Miała pracę.
FR: Zaciekawiła nas wzmianka na temat wątku kryminalnego. Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy na temat sensacyjnych motywów w tej historii?
Jerzy Niemczuk: Wiąże mnie tajemnica śledztwa. Mogę tylko powiedzieć, że ta historia naprawdę zdarzyła się na Mazurach i że winnych aresztowano. To dla tych co lubią, żeby przestępcy literaccy nie pozostali bezkarni. Ta powieść to ryzykowny miks dwóch wątków: obyczajowego związanego z Asią i sensacyjnego, którego bohaterem jest agent undercover. Taka postać od dawna mnie fascynowała. Arcyteatralna rola, za którą można zapłacić życiem, kłamstwo w służbie prawa i sprawiedliwości. Oczywiście, że nie chodzi o jakiegoś „agenta Tomka” w służbie Prawa i Sprawiedliwości, tylko o prawdziwego gliniarza, który nadstawia karku chodząc po świecie przestępstw jak po polu minowym.
Jerzy Niemczuk, Bat na koty pisze:Fragment II
Rozdział I
Dwa końce świata

*
Czerwone słońce zawieszone nad ścianą ciemnego lasu odbijało się w tafli jeziora. Asia przycupnęła na drewnianym pomoście. Przyjezdni zbudowali go zimą przed paroma laty, żeby stawiać łódki. Pomost sięgał daleko za pas trzcin, tych jednak z każdym rokiem przybywało. Deski pokryły się zielonkawym mchem, a potem zaczęły murszeć. Górny wiatr poruszał końce trzcin, jednak Asia nie czuła go na plecach. Maja przesłoniła rączką oczy i wpatrywała się w słońce na zachodzie. Od brzegu uderzył silniejszy podmuch wiatru. Dziewczynka zachwiała się. Asia przytrzymała ją za sukienkę, żeby nie wpadła do wody. Delikatnie, prawie niezauważalnie. Córeczka zwykle próbowała się wyrywać, kiedy czuła, że jest przytrzymywana.
Kroki za plecami, nie tyle usłyszały, co poczuły. Deski przenosiły drgania, zanim odgłos kroków dochodził do uszu. Dziewczynka obejrzała się i zawiesiła uważny wzrok na mężczyźnie w obcisłym piankowym kombinezonie. Na ramieniu niósł zwinięty żagiel. Uśmiechnął się do niej. Maja spuściła wzrok, odwróciła się i przylgnęła do matki. Asia spojrzała przez ramię. Podobnie jak córka nie odwzajemniła uśmiechu, a na pozdrowienie odpowiedziała prawie niedosłyszalnie. Tutaj do obcych nikt się bez powodu nie odzywa, a ludzie rzadko się do siebie uśmiechają. Niech się śmieją zadowoleni z życia.
Tego mężczyznę znała z widzenia. Mieszkał od paru miesięcy w domu dyplomaty z Warszawy, co wyjechał na dwa lata pracować w Afryce.
Mężczyzna za ich plecami zsunął się do wody i brnął po ilastym dnie, wlokąc za sobą żagiel. Zanurzony po piersi sprawnymi ruchami zaczął mocować żagiel do windsurfingowej deski. Obserwowały go ostrożnie, żeby w porę uciec wzrokiem. Asia przyglądała się jego rękom. Sprawiały wrażenie silnych, a jednak delikatnych. Równo przycięte paznokcie, długie jak u kobiety palce bez śladów odcisków. Tylko na prawej dłoni blizna z wyraźnym szwem sięgającym kostki.
Maja oswoiła się po chwili z obecnością nieznajomego, przestała zwracać na niego uwagę i znowu przyglądała się czerwonemu jak pomidor słońcu. Rano było inne, jakby urosło w ciągu dnia, zrobiło się ciężkie, a teraz zaczęło się obsuwać się pomiędzy drzewa.
— Ucieka! Słoneczko ucieka! — krzyknęła poruszona.
— Niedługo zajdzie — odpowiedziała szeptem matka.
— Dlaczego?
Asia wiedziała, że zaczną się kolejne pytania, na które może jej nie starczyć odpowiedzi. Wtedy odpowiadała: tak musi być.
— Dlaczego zajdzie? — zapytała dziewczynka.
Mężczyzna zanurzony po szyję popchnął deskę na otwartą wodę, a potem zaczął płynąć uczepiony jej końca.
— Pójdzie spać i będzie ciemno.
— A dlaczego ciemno?
— Zawsze tak jest. Każdego dnia. Tak musi być.
Mężczyzna wyczekał na mocniejszy powiew wiatru, wsunął się na deskę i w rozkroku zaczął stawiać żagiel.
Maja zacisnęła wargi i zastanawiała się nad słowami matki. W końcu tupnęła nogą i wykrzyknęła z płaczem.
— Ja nie chcę, żeby tak było! Nie chcę!
Mężczyzna musiał usłyszeć, bo roześmiał się. Asia przyciągnęła do siebie córkę. Mała rozpłakała się rzewnie, przeżywając swój pierwszy kosmiczny dramat egzystencjalny.
Wiatr wypełnił płótno i deska zaczęła sunąć pod słońce. Dziewczynka przestała płakać i obie z matką patrzyły, jak oddala się kolorowy żagiel i ciemna, niemal czarna na tle rozświetlonego jeszcze zachodu sylwetka surfera.
Od wody pociągnęło chłodem, a trzciny ugięły się pod kolejnym podmuchem wiatru. Asia poczuła na plecach lekki dreszcz. Podniosła się i popchnęła córkę w stronę brzegu.
— Ziąb idzie. Chodźmy do domu.
Mała dreptała przodem, niepewnie. Asia osłaniała ją rękami przed upadkiem na pokrywających się szybko wieczorną rosą deskach.
Przyspieszyła kroku, żeby podlać warzywniak jeszcze za dnia. Te parę grządek to było wszystko, co do niej należało. Patrzyła z rosnącą dumą na wydobywające się spod ziemi rośliny. Zdrowszych i smaczniejszych nie było w całym Kotowie. Może gdzie dalej były, ale dalej Asia nie jeździła. Wszystko swoje. I szczypior, i rzodkiewki, i sałata. Mniejsze niż sklepowe, ale i co z tego, jak w smaku trzy razy lepsze. Za chałupą wykopała dół kompostowy, brzegi umocniła starymi deskami. Zrzucała tam obierki, resztki jedzenia, zeschłe liście i drzewny popiół spod kuchni, każdą warstwę przesypywała ziemią. Tyle że zimą dziki podchodziły pod dom i wyżerały obierki. Położyła więc na wierzch zardzewiałą blachę i przywaliła kamieniem. Tyle mogła dać. Dla dziecka, żeby było zdrowe.
A jeszcze mleko miała od teściów, bo dla dziecka, trzeba przyznać, nie żałowali. Ona się próbowała zrewanżować pomagając od czasu do czasu w oborze, ale głównie to krowy wyganiała na pastwisko. Matriksa nauczyła zaganiać do stada sztuki, które się odłączały. A Stefan nie chciał wierzyć, że się to uda: pies głupi, to się nie nauczy.
Jak mleko się zsiadło, to Asia warzyła z niego twaróg, tłusty i pożywny, że nie trzeba było mięsa kupować. Jak się do tego dodało rzodkiewki i szczypioru, to zdrowszego jedzenia i w sklepie nie można by dostać.
Maja dreptała za nią, podbiegając co chwila, żeby dotrzymać kroku.
Na podwórku Asia rozejrzała się, omijając wzrokiem okazały dom teściów. Spojrzała na nową oborę, wybudowaną przez teścia za pieniądze ze sprzedaży działek dwa lata wcześniej. Pod szopą zalegało w balach kilka metrów opałowego drewna. Widać przywieźli, jak była nad jeziorem. Dziwne, że traktora nie słyszała. Przeważnie słychać. Pewnie z powodu tego wiatru. W inną stronę głos niosło. Asia odwinęła łańcuch, przytrzymując wyślizgany kołowrót dłonią, żeby wiadro nie uderzyło w taflę wody, i napełniła pogiętą konewkę. Mai też dała podlewać z małej, żółtej, którą znalazły po letnikach na brzegu jeziora.
Kiedy nasyciła ziemię, przyklęknęła na kawałku styropianu, żeby wyrwać parę chwastów. Maja przycupnęła obok niej.
— Dlaczego ich urywasz? — zapytała Maja. Nie po raz pierwszy. Ale Asia była cierpliwa. Do dziecka trzeba cierpliwości. Do niej nie mieli czasu ani cierpliwości i źle to pamiętała.
— Jedne roślinki są dla nas dobre, inne niedobre — wyjaśniała bez pośpiechu. –
Wiesz, co to jest?
Wskazała na grządkę z pietruszką. Maja patrzyła niepewnie. Roślinka wydawała się znajoma, ale nazwy nie pamiętała. Asia urwała kawałek naci i podsunęła jej pod nos. Maja powąchała ostrożnie. Zapach też wydawał się znajomy.
— Do zupy sypiemy — podpowiadała matka. Wetknęła jej listek do buzi. Maja rozgryzła ostrożnie i podskoczyła.
— Matka pietruszki! — krzyknęła radośnie.
Asia roześmiała się głośno. Hanka wychyliła się przez okno, bo nie pamiętała śmiejącej się synowej, ale kiedy zobaczyła ją radosną, obejmującą dziecko, uspokoiła się. Asia pochyliła się nad grządką.
— Ta jest niedobra. Chciałabyś ją zjeść?
Podsunęła córce wyrwany chwast. Dziewczynka spojrzała z niechęcią na zapiaszczony korzeń i pokręciła głową.
— Może króliki ją zjedzą albo świnki.
Maja wzięła roślinę z rąk matki i oglądała ją, kiwając z powagą główką.
— Bo ty nie jesteś świnka, tylko Maja.
Dziewczynka kiwnęła głową.
— Ludzie też są jak roślinki, jedne dobre, drugie do niczego.
Pomyślała o sobie. Że zła nie jest, ale z drugiej strony do niczego. Przynajmniej dla dziecka starała się być dobra.
W domu teściów błysnęło światło i w oknie ponownie pojawiła się Hanka. Energicznym gestem strzepnęła mąkę z serwetki, a potem uśmiechnęła się. Asia odpowiedziała nieśmiałym uśmiechem, ale widać uśmiech teściowej był skierowany nie do niej, tylko do wnuczki, bo twarz Hanki na powrót przybrała surowy wyraz. Okno zatrzasnęło się po chwili. Asia otrzepała dłonie z ziemi i ruszyła w stronę starej chałupy. Mieli ją rozebrać. Już kupiec na budulec był, który chciał to przenieść i letnisko wyszykować nad jeziorem, ale wycofał się w ostatniej chwili. No i została. Na szczęście, bo teściowie pozwolili jej tam z dzieckiem zamieszkać. Byli teściowie. Bo małżeństwa już nie było. Ale miała dach nad głową. To już coś. Na razie, bo i samo życie jest na razie i nie wiadomo na jak długo. Cieszyć się z tego, co jest, a jak się nie ma z czego cieszyć, to przynajmniej nie martwić, że nie ma.
W domu ogarnął ją zapach zatęchłej spalenizny. Zapaliła świetlówkę nad stołem. Światła z niej było niewiele, ale pozwalała zaoszczędzić na prądzie. Dostała dwie w prezencie od Faryny. Ta miała ją od swoich niemieckich dzieci. Faryna nie mogła się jednak przyzwyczaić do bladego światła i do tego, że trzeba było poczekać dłuższą chwilę, żeby coś wreszcie zobaczyć. Nie miała już czasu, żeby długo czekać. I po co by miała oszczędzać? Odkąd skończyła osiemdziesiąt lat, każdego dnia spodziewała się śmierci. Śmierć pewna, nikogo nie minie, a jej było coraz bliżej. W Małym już nikogo starszego od niej nie było. Mazurzy powyjeżdżali do Reichu i zostali Niemcami. Nawet jej własne dzieci. Asia, wnuczka nieżyjącej już młodszej siostry, była jej jedyną krewną.
Asia postawiła na kuchni emaliowany gar, wlała wody w wiadra i po kilku nieudanych próbach wykrzesała płomień ze znalezionej na brzegu jeziora zapalniczki. Ogień przeniósł się na smolną szczapę i zaczął pełgać po gałązkach chrustu i korze. Asia przysiadła na rozchybotanym krześle i zapatrzyła się w ogień. Oświetlał jej zwieszone dłonie, na których ziemia z grządki pozostawiła brudne wżery. Próbowała grzebać w ziemi w rękawiczkach. Otrzymała kilka par, z workami i pomarańczową kamizelką, kiedy jesienią dostała pracę przy sprzątaniu rowów. Same kobiety sprzątały, przeważnie młode i po szkole. Żeby nie tracić prawa do zasiłku. Teść się z wyśmiewał z tych rękawiczek do pielenia ogródka, że może jeszcze do tej roboty kask włoży. Wstydziła się trochę tej pracy. Ludzie jadący drogą samochodami patrzyli na nią z zaciekawieniem. Ale co myśleli? Śmieciara… Gdyby nie to, pewnie by lubiła tę pracę. Zabierała ze sobą Maję i nie musiała prosić teściowej, żeby się nią zajęła. Hanka nie odmawiała, zgadzała się, ale jakby z łaski i zawsze wzruszała ramionami, wzdychając przy tym.
Maja siedziała w kącie i układała do snu śpiącą lalę. Rozpaczała kiedyś, jak oko wpadło do środka i przez szyję nie dało się tego naprawić. Asia poszła z tym do Tutejki. Krzywił się na tę robotę, jak to on, ale w końcu wyciągnął oko zagiętym drutem i jakoś podkleił od środka. Po tej operacji lalka mrugała jednym okiem.
Asia dołożyła kory, płomień przygasł, a potem buchnął na chwilę. Czekała, aż woda na mycie się podgrzeje i jak zwykle liczyła. Dwieście dziewięćdziesiąt dwa złote zostało do zasiłku. I jedenaście dni, które trzeba przeżyć. Oszczędzić się nie da, bo gaz się kończy i za prąd zaległy rachunek musi zapłacić. A dostanie trzysta alimentów i jeszcze zasiłek. W sumie prawie tysiąc. *
FR: Jeśli Pan pozwoli, chcielibyśmy na chwilę zajrzeć do pisarskiej „kuchni”. Ile czasu zajęło Panu napisanie „Bata na koty”?
Jerzy Niemczuk: Ze dwa lata. Początkowo miał to być kolejny serial, ale jak widać pozostały mi tylko seriale, których mi nie chcą robić i takie, których ja robić nie chcę.

FR: Czy ma Pan swoje ulubione miejsce do pracy?

Jerzy Niemczuk: Siedzę przy biurku w swojej bibliotece, do której żona przeniosła mnie z pracowni na poddaszu. Przed sobą mam balkonowe okno na ganek z widokiem na ogród. Co jakiś czas odrywam wzrok od laptopa, patrząc na zieleń pozwalam oczom odpocząć. Przyglądam się ptakom, które przylatują mnie oglądać. Większość z nich mieszka w moim ogrodzie. Budki lęgowe powiesiłem na niemal wszystkich drzewach. Lepszego miejsca do pisania nie znalazłem nigdzie. Nawet bungalow w Kenii z zapierającym dech widokiem na Ocean Indyjski, to jednak nie to.

FR: Gdy pojawiają się pomysły przelewa je Pan najpierw na kartkę papieru, czy może bezpośrednio na ekran komputera?
Jerzy Niemczuk: Czasami notuję pomysły na małych kartkach przy pisaniu scenariuszy. Przeważnie hasła - dzisiaj by się powiedziało „linki” do pomysłów - które się w głowie osadziły. Narzędziem pracy jest dla mnie już od 33 lat komputer. Mój przyjaciel, Roman Czajkowski, przekonał mnie kiedyś, że to nieuchronna perspektywa i wyposażył w używany pecet. Miał on - dzisiaj brzmi to zabawnie – 468MB twardego dysku. Mnie to wyzwoliło z ręcznego pisania na dobre, co przyjąłem z ulgą, bo jestem leworęczny a w szkole zmuszano biciem po łapach do pisania prawą ręką. Skutek był taki, że mam charakter pisma człowieka zniewolonego, do tego nieczytelny. Żona do tej pory się martwi, jak odczytam swoje dzienniki z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

FR: Podczas pracy nad książką najważniejsze jest…
Jerzy Niemczuk: Mam dwie odpowiedzi. Jedna erudycyjna: Nulla dies sine linea. Czyli: ani dnia bez linijki. Drugą, dosadną, zawdzięczam Mrożkowi, który powiadał, że najważniejsza w pisaniu jest du**. Trzeba przysiąść i wysiedzieć, a wcześniej pozwolić się owładnąć manii napisania książki. W sumie chodzi o to samo.

FR: Na koniec pytanie, które zadaje sobie wielu fanów „Rancza” w wersji książkowej. Czy możemy mieć nadzieję na wydanie drugiego tomu wilkowyjskiej opowieści?
Jerzy Niemczuk: Umówiliśmy się z Brutterem, że piszemy na zmianę. Teraz jego kolej i z tego, co wiem, właśnie siedzi nad drugą częścią. Nie pytam, ile ma za sobą, żeby go od pracy nie odrywać. Chciałbym się jeszcze usprawiedliwić, dlaczego w ogóle zabrałem się do pisania książki po serialu. Zauważyłem, że wśród widzów „Rancza” dominującą grupę stanowią ludzie, którzy w ogóle nie oglądają seriali. Uznałem, że to książka dla tych, którzy nie oglądają nawet „Rancza”.

FR: Bardzo Panu dziękujemy za poświęcony czas i odpowiedzi na nasze pytania.

Na koniec pozwolę sobie zacytować list od Pana Jerzego Niemczuka.
Jerzy Niemczuk pisze:Poczułem rodzaj wzruszenia Waszym Ranczerskim zainteresowaniem. Pamiętam niepewne losy serialu i udział Waszej grupy wsparcia dla tego projektu. Jak się okazało, to nie eksperci od oglądalności i tzw.targetu oraz decydenci telewizyjni dokonali właściwego wyboru, bo oni serialowi nie dawali szans, ale Wy właśnie, a sukces przerósł nawet nasze najśmielsze oczekiwania. Mam wrażenie, czytając Wasze posty, że utworzyliście rodzaj nie tylko wirtualnej społeczności, ale coś więcej. To dla mnie krzepiąca nowość i jedna z lepszych rzeczy, jakie się w Internecie zdarzają.
Oczywiście odpowiem na Wasze pytania i chętnie się z Wami spotkam. Najbliższa okazja będzie zapewne w połowie września i z góry Was zapraszam i ze stosownym wyprzedzeniem powiadomię, gdzie i kiedy to się odbędzie.
pozdrowienia naprawdę gorące z rozgrzanych tropikalnym upałem Mazur
Jerzy Niemczuk
Zgodnie z obietnicą, już niedługo na forum pojawi się konkurs, w którym do wygrania będzie najnowsza powieść Pana Jerzego.
Fragmenty powieści "Bat na koty" publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.
Forum Ranczersów

ODPOWIEDZ