Wywiad z Jackiem Kawalcem.

W tym dziale znajdziecie nasze autorskie wywiady z ekipą serialu.
Awatar użytkownika
Gosia
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 372
Rejestracja: 22 gru 2006, 16:39
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał(a) podziękowań: 3 razy
Kontakt:

16 kwie 2007, 20:57

Jacek Kawalec – chłopięca uroda, wysportowana sylwetka, której mógłby mu pozazdrościć niejeden dwudziestolatek, sympatyczny uśmiech i ciepłe oczy. Kompletnie niepodobny do postaci Witebskiego, którą gra w „Ranczu”. Kiedy widziałam go na zlocie, niewiele mieliśmy okazję porozmawiać i może dlatego zaskoczyła mnie powaga, z jaką odpowiadał na moje pytania. Był bardzo konkretny, rzeczowy, i miałam wrażenie, że każde wypowiedziane przez niego zdanie jest dobrze przemyślane. Poczytajcie i poznajcie chociaż trochę faceta, który za największy wynalazek ludzkości uważa uśmiech. Mam nadzieję, że chwile spędzone na czytaniu tego, co o sobie powiedział, będą dla Was równie miłe jak te, które upłynęły nam na słuchaniu pana Jacka, a możecie mi wierzyć, że była to duża przyjemność.

Gosia: Panie Jacku, chciałam zapytać, jak Pan trafił do „Rancza”? Wiem od pana Wojtka Adamczyka, że część aktorów trafiła poprzez casting, a części zaproponowano udział w serialu, a jak to było z Panem?

J.K: Ja trafiłem do „Rancza”, bo Maciek Strzembosz, producent, znał mnie już wcześniej, ponieważ ja zagrałem w jego dwóch wcześniejszych produkcjach. Zagrałem kiedyś w jednym z odcinków „Miodowych lat”. Zagrałem postać Bronka, takiego lekko nieśmiałego człowieka, tak przeciw postaci, brzydala, który nie potrafi poradzić sobie w życiu i nie potrafi sobie kobitki znaleźć. Wtedy Maciek Strzembosz odkrył mnie jako aktora, bo wcześniej mało kto wiedział, że grywam jako aktor, że jestem po szkole filmowej po wydziale aktorskim. Przez tę nieszczęsną „Randkę w ciemno” wszyscy mnie tak zaszufladkowali, że dopiero teraz po 10 latach, jak już przestałem prowadzić ten program, dopiero teraz zaczynam w telewizjach grać więcej. Gdyby nie to, że grałem bardzo dużo w teatrze w tym czasie, to bym po prostu chyba odjechał psychicznie zawodowo. Zagrałem w „Miodowych latach” właśnie, w obrębie jednego odcinka taką fajną rolę, w której można było się pokazać z warsztatem troszeczkę, potem zagrałem takiego zwariowanego psychiatrę w innym serialu, produkowanym przez Maćka Strzembosza, „Kocham Klarę”. Jak się „Ranczo” miało produkować, to Maciek Strzembosz przypomniał sobie o mnie, zadzwonił do mnie i zaproponował mi zagranie tego. To była jedna z niewielu ról w moim życiu bez castingu.

Gosia: A czy ta rola od razu się Panu spodobała, czy zastanawiał się Pan czy to wziąć?

J.K: Spodobała mi się, oczywiście. To była dla mnie szansa jakiegoś odczarowania telewizyjnego po tej „Randce”. Myślę, że mi się to udało. Wojtek Adamczyk jest bardzo dobrym rzemieślnikiem jako reżyser. To jest podobna szkoła jak Maciej Wojtyszko. Bardzo dobrze mi się z nim pracuje. Koledzy aktorzy, jak państwo wiecie, bo ich poznaliście, też są fajnymi ludźmi. Da się z nimi żyć. To była dla mnie duża frajda granie w tym serialu. Na dodatek fajna ta wioska, ludzie są serdeczni i jakoś nie przeganiali nas z cepami i widłami, tylko polubili, mimo że im tam utrudniamy życie, co chwilę zamykamy im ruch, jak jest ujęcie. Nie słyszałem, żeby ktoś jakąś wiąchę puścił pod naszym adresem. Jest miło.

Gosia: Wiem od innych aktorów, a także od pana Wojtka Adamczyka, że te role drugoplanowe mają wyjść bardziej na pierwszy plan. Mają być bardziej rozbudowane. Czy rola Witebskiego też będzie bardziej rozbudowana?

J.K: No właśnie, niestety jeśli chodzi o moją postać, to mojej postaci to nie dotyczy. Moja postać jest w drugiej części zredukowana gdzieś tak o połowę.

Gosia: O, szkoda.

J.K: Wydaje mi się, że to z tego względu, że właśnie te wątki poboczne są bardziej eksploatowane, a mój wątek dotyczył Lucy. Ja miałem stanowić przeciwwagę. Ta postać Witebskiego miała być taką przeciwwagą do Kusego, żeby odwrócić uwagę Lucy od tego właściwego wybranka. Ja miałem stanowić taką zmyłę, a ponieważ ona się poznała, że ten Witebski to jest kawał bufona i lizusa i generalnie jest to taki śliski człowiek, tylko pierwsze wrażenie robi fajnego, i ponieważ te wątki idą bardziej w stronę Michałowej i innych postaci, a także dlatego, że zdjęty jest trochę nacisk z Lucy, do której ja smaliłem cholewki – to znaczy mój Witebski smalił cholewki –siłą rzeczy i mnie i mojej postaci też troszeczkę było mniej.
Mam nadzieję, że jeżeli będzie trzecia transza, to się to odwróci. Dziwię się trochę, że nie zdążyło się pokazać Witebskiego w żadnej takiej roli nauczycielskiej, w żadnych sytuacjach z uczniami. Praca z dziećmi na planie to jest dosyć trudna sprawa, ale Wojtek Adamczyk to potrafi, bo przecież kręcił wiele odcinków „Rodziny zastępczej”. Liczę na to, że będą jakieś takie akcje. Poza tym zwracali się do nas, aktorów grających w tym serialu, z prośbą scenarzyści. Ponieważ już znamy swoje postaci. Pytali, jakie mielibyśmy sugestie, co chcielibyśmy w tych postaciach zmienić, co byśmy chcieli tam wprowadzić. Ja nie ukrywam, że dla mnie fajnym wyzwaniem aktorskim byłoby zagranie troszeczkę wbrew tak zwanym warunkom. Mnie zawsze obsadzają jako tego tam najpiękniejszego z całej wsi, więc ja bym chętnie przysiadł się do tej ławeczki i trochę się zmenelił na przykład. Taką miałem prośbę. Nie wiem, bo to było niezobowiązujące, ale może scenarzyści skorzystają z takiego pomysłu na to, żeby ten Witebski się trochę rozpił, zarósł i skloszardział. Taki miałem pomysł, żeby Witebski wyjął już wszystkie panny w okolicy i w pewnym momencie wyszło szydło z worka i okazało się, jaki on naprawdę jest, żeby na przykład wszedł w konflikt z policjantem o względy Wioletki. Można by coś takiego wprowadzić.

Gosia: Panie Jacku, powiedział Pan, że rola Witebskiego nie będzie rozbudowana w II części, a nawet zredukowana. Czy to oznacza, że Witebskiemu nie zdarzą się takie historie miłosne jak na przykład Michałowej czy Wioletcie?

J.K: Będzie jedna historia, gdzie będzie podejrzany, i to nawet mocno. Przy obecnych rządach miłościwie nam panujących to będzie nawet wielkie przestępstwo, bo się otrze o pornografie. Będzie Witebski robił zdjęcia jednej z bohaterek serialu, bardzo pikantne zdjęcia i za to dostanie w mordę od jej męża.

Gosia: O, to musi być mężatka, ciekawe która? Trzeba się nad tym zastanowić.
Proszę mi powiedzieć, czy były jakieś trudne do zagrania dla Pana sceny?


J.K: Tak się zastanawiam. Nie chcę być tutaj zarozumiały, ale chyba żadnych trudności większych nie miałem. Atmosfera na planie jest bardzo fajna. Wszystkie intencje, które mam do zagrania aktorsko, są czytelne, poprzez scenariusz i poprzez uwagi i wskazówki reżysera. Wojtek potrafi wprowadzać taką atmosferę w pracy, że nie ma stresu. Daje dobre uwagi. Ja mam wrażenie, że mam słuch do tych uwag i dokładnie się rozumiemy, więc chyba nie było trudności. Może z takich niedogodności zdjęciowych to pamiętam jeden dzień w domu Solejuków, tam gdzie te krzesła latały i słoiki. To się odbywało w dniu, w którym był straszny upał, potworny, około 30 C. Na dodatek w tej małej , bardzo biednej chatynce sufit znajdował się na wysokości dwóch metrów, było strasznie duszno, a jeszcze w środku stały lampy. W tym domu, jak to na wsi fruwały, roje much. Te muchy siadały na reflektorach, które stały po bokach, i się smażyły. Smród był niemiłosierny. Po całym dniu zdjęciowym aż głowa bolała od tego smrodu. Takie trudności się zdarzały.

Gosia: Pan Wojtek Adamczyk mówił o tym, że na wiele rzeczy na planie nie ma wpływu, ale może mieć wpływ na atmosferę i stara się żeby ta atmosfera była dobra.

J.K: Jak się atmosferę skisi, to już wtedy nie ma zabawy. Trudniej jest.

Gosia: Mówił, że z tymi ludźmi trzeba pracować przez pół roku i jak się wprowadzi atmosferę stresu albo wojny, to się nie da.

J.K: Nie da się absolutnie. To jest bardzo mądre z jego strony, że potrafi żyć z ludźmi w zgodzie.

Gosia: W rozmowie ze mną pan Wojtek Adamczyk powiedział też, że pewnych rzeczy nie da się wyreżyserować. Nie da się wyreżyserować smaku, poczucia humoru, wdzięku. Proszę mi powiedzieć Panie Jacku, jakich środków artystycznych trzeba użyć, żeby mając poczucie humoru i wrodzony wdzięk tak głęboko to ukryć, żeby zagrać postać która jest tego totalnie pozbawiona?

J.K: Mi się wydaje, że ten Witebski pomimo swoich przypadłości i pomimo tego, że taką glistą ludzką jest to on jakiś tam swój wdzięk ma.

Gosia: To bardzo głęboko ukryty.

J.K: Myślę, że to jest właśnie zasługa Wojtka Adamczyka, który to wszystko ładnie zmontował, że tak to wyszło. Ja myślę, że dla mnie jako dla aktora wystarczy realizować precyzyjnie te intencje, te zadania które stoją przed postacią i poczuć się w tej postaci. Ja przyznam, że dla mnie na przykład jakimś odniesieniem do tej postaci jest postać Papkina w „Zemście” która grałem przez parę lat w teatrze Polskim. To jest taka postać tragikomiczna, trochę jak Papkin. To jest taki człowiek który się wiecznie wszystkiego boi. Jest tchórzem, ale przed wszystkimi gra, że jest bohaterem. Mój profesor, którego się strasznie bałem na pierwszym roku studiów, Bohdan Hussakowski w Szkole Filmowej w Łodzi uczył nas, że jak się gra postać komiczną, bo to jest postać komiczna, w pewnym sensie tragikomiczna, to trzeba sobie wyobrazić, że przed sobą prowadzi się takiego małego człowieczka na sznureczkach i trzeba poczuć się tym małym człowieczkiem, który jest w jakichś trybach umieszczony i musi tak lawirować, żeby go za mocno nie pogięło i nie połamało. Wtedy ta postać robi się zabawniejsza, a im bardziej się ona boi, im bardziej jest taka przeżywająca każde drgnienie, każdy hałas dookoła, że może mu spaść coś na głowę, tym jest zabawniejsza. Myślę, że w przypadku Witebskiego to jest przede wszystkim strach. To jest tak, jak było z dziennikarzami reżimowymi za komuny. Taką postać zagrał, znakomicie myślę, Marian Opania w „Człowieku z żelaza”. Myślę, że może nawet podświadomie sięgnąłem do tego, bo ja gram tutaj też dziennikarza, który boi się wójta – że mu wójt zabierze pracę, boi się księdza – bo go ksiądz przed cała wsią wyklnie z ambony. To jest gość który się bez przerwy boi, a na dodatek każdy może mieć na niego haka, bo jest dziwkarzem, bo ma jakieś tam swoje różne słabości, ma jakieś grzechy na sumieniu i może się bać, że mu ktoś jakąś teczkę wyciągnie.

Gosia: No, tak. Panie Jacku, banalne pytanie, które zadają Panu pewnie mnóstwo razy, ale tego nasi forumowicze chcą. Śmieszna sytuacja na planie. Coś, co Pana szczególnie zgotowało. Czy było coś takiego?

J.K: Było dużo śmiesznych sytuacji. Głównym dostarczycielem śmiesznych sytuacji jest Piotrek Pręgowski, który po prostu non stop robi wszystkim kawały, cały czas się wygłupia tak, że nigdy nie wiadomo, czy on mówi tekstem swoim, czy ze scenariusza. On tak ma cały czas. Jest strasznie zabawny. Natomiast może opowiem o kimś, kogo już nie ma z nami. Opowiem o panu Leonie Niemczyku, który upoważnił mnie do tego, żebym mówił do niego na ty i obrażał się kiedy mówiłem „ Panie Leonie”.
To było w pierwszych dniach zdjęciowych. Leon traktował wszystkich młodszych kolegów naprawdę po przyjacielsku. Był to człowiek, który uwielbiał biesiadować, uwielbiał opowiadać o swoich przygodach zawodowych. Mieszkaliśmy wtedy w hotelu w Mińsku. Po zdjęciach jest czas, że sobie siadamy do jakiegoś piwka czy do jakiejś wódeczki. W miarę możliwości, żeby być sprawnym na drugi dzień do zdjęć, staramy się trochę rozluźnić.
Pamiętam taką sytuację, że zaczęliśmy pić jakąś wódeczkę w towarzystwie aktorsko-operatorsko-reżyserskim. Leon zaczął opowiadać różne fantastyczne historie o tym, jak trafił do zawodu aktorskiego, o tym, jak się dla niego kończyła II wojna światowa, wielkie wspaniałe historie o swoich rolach filmowych i teatralnych. Zaczęli się nam przysłuchiwać różni ludzie i trafili do nas lotnicy wojskowi, którzy w tym samym hotelu mieli jakieś spotkanie kilkudniowe. To byli oficerowie z Dęblina. Jak poznali Leona, to od razu padły jakieś duże propozycje alkoholowe i tak dalej. Myśmy zaczęli się wykruszać tak około pierwszej, bo wiedzieliśmy, że trzeba o siódmej stawić się do charakteryzacji, jakoś wyglądać i pracować cały dzień, a Leon, który miał już wtedy 82 lata, ale jeszcze nie był chory, jeszcze choroba się nie ujawniła, był w tak dobrej formie, że nie odpuścił sobie porozmawiania z nimi. Fakt, że grał menela, wiecznie skacowanego, tak że „charakteryzował się” przez całą noc gdzieś do piątej rano. Powiem wam, że siedział z tymi lotnikami do piątej rano opowiadając im swoje wszystkie historie, a o siódmej trzydzieści był w charakteryzacji gotów do pracy, z nauczonym tekstem i sprawny. Takich ludzi już dzisiaj nie robią, to są ludzie nie do zdarcia. Tak jak Irenka Kwiatkowska, z którą mam zaszczyt grać od kilku lat na tej samej scenie. Ma 95 lat i jest świetna. Fakt, te teksty napisał kiedyś dla niej Gałczyński i ona to ma na twardym dysku nie do ruszenia. Gorzej jest z nauczeniem się nowych tekstów, a może za kiepskie piszą dla niej teraz, bo Gałczyńskiemu to się jakoś udawało.

Gosia: Panie Jacku, zmienimy trochę temat. Wiem, że zdawał Pan do szkoły aktorskiej w Łodzi, a urodził się Pan i mieszka w Warszawie. Dlaczego w Łodzi? Czy tam było łatwiej?

J.K: To jest historia w pewnym sensie związana z reżyserem tego filmu, o którym rozmawiamy. Kiedy ja zdawałem do szkoły, to był taki zwyczaj, że kandydaci do szkoły przychodzili na tak zwane konsultacje. Ja trafiłem na konsultacje, których udzielali starsi koledzy, studenci szkoły warszawskiej. Wtedy Wojtek Adamczyk studiował na wydziale aktorskim tej szkoły, chyba na trzecim roku, i miał taki dyżur z jeszcze jednym kolegą. Ja miałem przygotowany taki tekst z Jesienina i coś tam jeszcze. Powiedziałem im ten wiersz, oni popatrzyli na mnie tak z politowaniem i powiedzieli mi: „Z taką dykcją to Cię tu Mazurowa nie przyjmie do tej szkoły”. Pani profesor Mazurowa była wyrocznią, która odsiewała wszystkich. Tak mnie nastraszyli tą Mazurową, i to właśnie Wojtek Adamczyk, że pomyślałem, że ja może pojadę do Łodzi. To był tylko jeden z powodów, bo drugi był taki, że ja jestem jedynakiem i byłem wychowywany przez mamę przez tyle lat, że pomyślałem, że jak wyjadę na studia do innego miasta, to się trochę urwę z łańcucha. Jeszcze był jeden powód. Myślałem, że jak pojadę do szkoły filmowej, a nie teatralnej, to się nauczę pracy z kamerą, z mikrofonem i będę mógł być bardziej aktorem filmowym.
To oczywiście okazało się trochę nieprawdą, bo jedyne zajęcia stricte filmowe to była praca z kolegami z reżyserii i z operatorki, którzy sami jeszcze nic nie wiedzieli o pracy z aktorem, i to się odbywało na zasadzie „prowadził ślepy kulawego”.
Jeszcze jeden powód, dla którego pojechałem do Łodzi – wiedziałem, że w szkole łódzkiej są bardzo dobrze rozwinięte wszelkie zajęcia ruchowe. Była bardzo dobrze prowadzona szermierka, akrobatyka, a to były rzeczy, których mi brakowało jako młodemu chłopakowi. Ja byłem najgorszy w klasie z WF-u, najgorzej grałem w piłkę, najgorzej biegałem itd. Chciałem to trochę poprawić. Przyznam, że w Łódzkiej Szkole Filmowej sporo się nauczyłem. Bardzo fajnie były prowadzone zajęcia z walk scenicznych, były obozy konne, obozy narciarskie, akrobatyka. Teraz to ja już jestem stary dziadek, ale wtedy po trzecim roku studiów umiałem salto w przód i w tył, salto ze ściany. Takich rzeczy nauczyliśmy się w szkole. Z dykcją też tak źle nie było. Jeśli o to chodzi, to się mocno zaniedbywałem, na studiach sporo opuszczałem zajęć dykcyjnych, a muszę przyznać, że dykcja daje mi chleb dzisiaj, bo ja główne moje dochody mam z reklam. Daję głos do wielu reklam. Robię to już od wielu, wielu lat, od początku lat dziewięćdziesiątych. Gdybym nie miał dykcji, to by mnie do tego nie brali po prostu. Tak że może mnie Wojtek chciał nastraszyć, a może rzeczywiście schrzaniłem ten wiersz wtedy. Chyba dobrze się stało, że tak się losy potoczyły, że pojechałem do Łodzi. Trochę się usamodzielniłem, wydoroślałem. Dostałem się do szkoły za pierwszym razem z drugą lokatą. Wyżej był tylko kolega, który dostał 10 punktów za pochodzenie.
Wtedy były punkty za pochodzenie. Ja byłem z rodziny inteligenckiej, a on z robotniczej i jeszcze spoza dużego miasta. Jakoś mi się udało.

Gosia: Panie Jacku, zdał Pan do łódzkiej filmówki w 1980 r. Trafił Pan na bardzo ciekawe czasy.

J.K: Egzaminy były na przełomie czerwca i lipca. Byłem ostatnim rocznikiem, który miał tak zwane praktyki robotnicze. Pracowaliśmy w łódzkiej Unitrze, nosząc już zapakowane gramofony i ładując na ciężarówki. Zaraz potem był sierpień. Jak zaczynałem studia, to była euforia. Zaczynałem studia kiedy wybuchła „Solidarność”. Było super. NZS (Niezależne Zrzeszenie Studentów) wtedy powstało. Nagle w tych reżimowych czasach, gdzie ja kończyłem liceum i grożono nam, że jak się ktoś nie zapisze do partii, to matury nie zda. Mimo to się nie zapisałem. Tu nagle wolność. Na pierwszym roku ja już taki dorosły się robiłem, bo już byłem student i do tego mieszkałem poza domem, zapisałem się do opozycyjnej organizacji NZS. Pamiętam strajki, nocowanie w szkole itd. Fajna zabawa, fajnie było i takie poczucie wolności. Potem nagle na drugim roku stan wojenny. Jakbyśmy dostali w łeb. To był duży smutek, bo ta szkoła też była trochę przez ten stan wojenny upośledzona. Najgorsze było to, że jak skończyliśmy studia, to się zaczął tak zwany bojkot.

Gosia: To był chyba najgorszy moment. Roczniki 82, 83, 84 miały chyba najtrudniejszą sytuację?

J.K: Ja w 84 r skończyłem szkołę i chciałem wrócić do Warszawy do jakiegoś teatru warszawskiego się załapać, a to były czasy bardzo trudne. Wracam do Warszawy po studiach. W teatrze Dramatycznym rządzi reżimowy Gawlik. Ze wszystkich sensownych teatrów powyrzucali dyrektorów. Ciężko było trafić. Wtedy się przyjaźniłem z Jankiem Jankowskim. Janek był wtedy w takim uderzeniu aktorskim, dostawał dużo ról. Piliśmy razem wódkę, podrywaliśmy dziewczyny i imprezowaliśmy ostro, a jednocześnie szukaliśmy pracy w Warszawie. Janek trochę pomieszkiwał u mnie i chodziliśmy od teatru do teatru. Powszechny był obstawiony, bo tam był Hübner, ale nie mieli etatu. Trafiliśmy do Olgi Lipińskiej, która była wtedy dyrektorem teatru Komedia.
Ona robiła wtedy „Kram z piosenkami” Schillera i potrzebowała młodych śpiewających aktorów. Janek beczał jak koza, więc nie zdał egzaminów ze śpiewania na swoje szczęście, a mnie przyjęła.
Zagrałem tam w „Kramie z piosenkami” i przyjęła mnie na etat. Ciężko wspominam współpracę z tą panią. Myślę, że ona ze mną też. Miałem podpisaną umowę na dwa sezony i w połowie drugiego sezonu odszedłem na własną prośbę niemalże dyscyplinarnie. Nie spisuję tego bycia w teatrze Komedia na straty, ponieważ poznałem tam moją żonę. Moja żona miała też podpisaną umowę na dwa sezony, ale nie jako aktorka, bo moja żona jest po Warszawskiej Szkole Teatralnej i Filmowej, ale po wydziale wiedzy o teatrze, była to też jej pierwsza praca po studiach i była tam zatrudniona jako sekretarz literacki. Też nie mogła się z panią Olgą dogadać, pani Olga jest trudnym człowiekiem do współpracy i ona zarwała umowę po niespełna roku. Tam się poznaliśmy i jesteśmy małżeństwem od 85 r., mamy dwójkę dzieci i jakoś ciągniemy wózek. Nasze małżeństwo tak długo trwa, bo trafiłem na mądrą babę po prostu.

Gosia: I bardzo dobrze. Panie Jacku, wzór aktorski i reżyserski. Ma Pan jakiegoś reżysera i aktora, którego szczególnie Pan ceni?

J.K: Mam kilku reżyserów, z którymi szczególnie dobrze mi się pracowało. Bardzo dobrze wspominam pracę z Tadeuszem Bradeckim. Dwukrotnie z nim pracowałem w Teatrze Polskim. Raz to jeszcze jako młody chłopak w 87 r. grałem niedużą rolę w jego autorskim przedstawieniu we „Wzorcu dowodów metafizycznych”. To był jego tekst. Drugi raz grałem też w Polskim z okazji roku norwidowskiego w jednoaktówce „Noc tysiączna druga”. Muszę przyznać, że to taki analityczny i matematyczny reżyser wręcz. Grać Norwida nie jest łatwo, chociaż to był jeden z jego lżejszych tekstów. Wiadomo, że teksty Norwida nie są łatwe w odbiorze, są dosyć hermetyczne. W pracy Bradecki potrafił mi wyłożyć niemal matematycznie punkt po punkcie gdzie jest jaka intencja do przekazania, co się dzieje z postacią. Ja na dwa tygodnie przed premierą już dokładnie wiedziałem, co będę miał do zagrania w naprawdę trudnym dla mnie materiale. Drugim takim reżyserem jest Maciek Wojtyszko. To też podobna szkoła jak Wojtek Adamczyk. Z Maćkiem pracowaliśmy także poza aktorstwem. Maciek jest znakomitym pisarzem. Pracowaliśmy nad scenariuszami do sitcomu. Myśmy z moją żoną pisali taki scenariusz. Moja żona teraz zajmuje się głównie pisaniem scenariuszy. Przy okazji tej pracy poznałem Maćka Wojtyszkę i bardzo sobie ceniłem pracę z nim.( panie Jacku pominęliśmy wzór aktorski. Proszę o dopisanie paru slow na ten temat.) Jeśli chodzi o moje fascynacje aktorami, to oczywiście mógłbym wymienić wielu znakomitych – lepszych kolegów, od których zawsze chciałbym się uczyć. Jako młody chłopak – w czasach licealnych statystowałem i grałem drobne rólki w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i z bliska mogłem się przyglądać pracy takich tuzów, jak Holoubek, Zapasiewicz, będący wówczas u szczytu swojej formy Fronczewski, znakomity, młodziutki wtedy Marek Kondrat. Chyba to, że mogłem oglądać proces twórczy w czasie prób teatralnych z ich udziałem spowodował, że postanowiłem zostać aktorem.

Gosia: Panie Jacku, gra Pan dużo ról komediowych. Jak pan wspominał, grał Pan Papkina w „Zemście”, wiem, że grał Pan Lucjusza w „Igraszkach z diabłem”. Gdzieś przeczytałam, że za największy wynalazek ludzkości uważa Pan uśmiech. Czy to wszystko składa się na to, że woli Pan takie role komediowe, lepiej się Pan czuje w rolach komediowych?

J.K: Myślę, że pewnie dlatego tak jest, że ja jestem człowiekiem niecierpliwym, a granie w rolach komediowych dla niecierpliwego aktora jest o tyle dobre, że od razu na dzień dobry ma recenzje. Albo widz się śmieje, albo się nie śmieje. Jak się nie śmieje, to znaczy, że jest do du**, jak się śmieje, to znaczy, że jest dobrze. Zwłaszcza jak się śmieje tam, gdzie sobie aktor z reżyserem założyli, że się będą śmiać. Stąd się pewnie bierze, że lubię grać w rolach komediowych. To też wiem od Maćka Wojtyszki, że najlepszym reżyserem w materiale komediowym jest publiczność. Kiedy aktorzy czują tę publiczność i jej reakcje, wtedy dobrze grają. Oczywiście, że chciałbym zagrać jakieś wielkie role tragiczne i nawet swego czasu grałem w paru przedstawieniach szekspirowskich. Myślę, że to jest to, z czym też powinien się aktor zmierzyć.

Gosia: Jedną z Pana umiejętności jest taniec nowoczesny. Proszę mi powiedzieć – czy uczył się Pan tego?

J.K.: Znaczy, ja się uczyłem w Szkole tańca, ale raczej nie nowoczesnego. Mieliśmy taniec charakterystyczny, jakiś tam ludowy, podstawy baletu, i to prowadziła z nami pani Janina Niesobska, bardzo dobry pedagog. Gdzieś tam te rzeczy, których ona mnie nauczyła, ja to mam w ciele, zakodowane nie do usunięcia. Natomiast ja po prostu bardzo lubię muzykę. Tańczę, moje ciało po prostu jakby samo tańczyło, kiedy usłyszę muzykę.

G: A lubi pan tańczyć?

J.K.: Bardzo lubię tańczyć. Świetnie się czuję, kiedy mogę sobie potańczyć. To jest taka dla mnie – i to miałem od dziecka –forma jakby rozładowania się, odstresowania, i myślę, że gdzieś tam, używając tych elementów tańca, których się nauczyłem w Szkole Teatralnej, wcześniej jeszcze w szkole muzycznej – chodziłem do szkoły muzycznej jako dzieciak – to mogę to zawsze gdzieś wrzucić, ale jestem, czuję się w tańcu człowiekiem wolnym. Nie lubię jakichś takich opracowanych, wyuczonych na pamięć układów tanecznych i uważam, że można tańczyć do każdej muzyki. Można tańczyć do modern jazzu i można tańczyć do melodii barokowych z epoki, i do średniowiecznych. Do wszystkiego się da tańczyć. Z wyjątkiem disco polo (śmiech).

Gosia: (śmiech) Dobrze. Panie Jacku, na studiach wiem, że wiele godzin spędzał Pan w ciemni. Lubił pan fotografować. Czy ta pasja minęła, czy dalej lubi Pan to robić?

J.K.: Fotografować lubię w dalszym ciągu, natomiast nie mam już czasu na taką zabawę. Zresztą wiadomo, że w czasach fotografii cyfrowej to już nie jest konieczne, babranie się w wywoływaczach i tak dalej, ale mieliśmy w Szkole dostęp – bo był Wydział Operatorski, w tym samym budynku to się odbywało – miałem dostęp do profesjonalnej ciemni fotograficznej i lubiłem się w to bawić. Ponieważ ja wtedy nie miałem rodziny, byłem też poza domem rodzinnym, miałem sporo wolnego czasu mimo zajęć aktorskich, tak że mogłem sobie się pobawić w to, i lubiłem to robić.

Gosia: Wiem też, że gra pan na gitarze.

J.K.: To jest dużo powiedziane. Zawsze marzyłem o tym, żeby być gitarzystą – no jak w domu mam trzy gitary i wzmacniacz Fendera – ale gdzieś tam, dwadzieścia jeden lat temu, jak się moja córka urodziła, to trzeba było być cicho w domu, bo małe dziecko, nie mogłem, i tak jakoś wtedy trochę to zarzuciłem, ale miałem swego czasu świra i marzenia, żeby być gitarzystą, i to zostało. Parę akordów umiem zagrać i coś tam zarzępolić, ale myślę, że jeśli uda mi się zbudować kiedyś własny dom z garażem, to tam będzie można dać czadu.

Gosia: A czy wykorzystywał Pan te umiejętności w pracy?

J.K.: Wykorzystywałem, nawet w paru przedstawieniach używałem gitary, pamiętam, że grałem w "Próbach" Schaffera w Teatrze Kameralnym, co było fajne, bo to było w czasach, kiedy dyrektorem był Kazimierz Dejmek, człowiek wydawałoby się konserwatywny jeśli chodzi o teatr, więc wyjechałem z gitarą i z taką solówką w stylu Hendrixa, gdzie odkręciłem do końca ten wzmacniacz, i on to akceptował. To było fajne.

Gosia: Wiem, że nagrał Pan rockową płytę, tak?

J.K.: Tak, jeśli chodzi o gitarę, to nawet na tej płycie w jednym utworze zagrałem na gitarze, ale tam przede wszystkim śpiewałem.

Gosia: Ta płyta zawierała sonety Szekspira w oryginale, prawda? (J.K. potwierdza) Wiemy, że na kanwie utworów z tej płyty powstało widowisko muzyczne, które otrzymało nominację do "Złotej Róży" na Światowym Festiwalu Programów Telewizyjnych w Szwajcarii „Róże Montreaux”.

J.K.: Tak, realizowała je moja żona z przyjaciółką.
Pies z kulawą nogą o tym nie wie w tym kraju (śmiech).

Gosia: Ja wiem.

J.K.: Aaa (śmiech), no tak. Przepraszam.

Gosia: Czy po takim sukcesie nie miał Pan ochoty na kolejne płyty?

J.K.: Zostałem skutecznie zniechęcony przez różnych wspaniałych recenzentów, którzy na przykład napisali, że pan Kawalec zerżnął parę kawałków zachodnich i zaśpiewał... To było tak, że oryginalną muzykę do tego skomponował znakomity i zdolny kompozytor Paweł Betlej, który wychował się tylko i wyłącznie na muzyce poważnej i nigdy nie słuchał żadnej muzyki rockowej ani popowej. To był człowiek, który głównie na takiej, klasycznej muzyce się wychowywał, a tu za moją namową, korzystając z moich sugestii, komponował akurat taką muzykę. Ludzie, którzy mieli okazję posłuchać tej płyty, to myślę, że trochę się zdziwili. Ja nawet kiedyś się spotkałem – to było w czasach dużej popularności "Randki w ciemno" i jednocześnie niestety popularności disco polo – kiedyś się spotkałem z takim stwierdzeniem, że jest dwóch Kawalców: jeden to jest ten co "Randkę" prowadzi, a drugi to jest taki co śpiewa, co tego Szekspira nagrał. No, ale właśnie wtedy, kiedy prowadziłem "Randkę", był to program masowy i skierowany do szerokiej publiczności, i to raczej tej niezbyt, powiedzmy, wyrobionej i nie sięgającej do jakichś trudniejszych form sztuki, przy tamtej popularności gdybym nagrywał muzykę disco polo, to byłbym dzisiaj bardzo bogatym człowiekiem. Ale miałem inną potrzebę wyładowania się artystycznego (śmiech) i wolałem sobie zaśpiewać Szekspira w oryginale w rockowych aranżacjach.

Gosia: Też tak uważam, no bo nominacja na takim festiwalu to chyba duży sukces.

J.K.: No tak, ale się skończyło tym, że na ten festiwal telewizja nasza kochana publiczna wysłała – wtedy był to czas rządzenia tam "pampersów", którzy teraz wracają do władzy, więc im się narażam po raz kolejny – kasetę "beta", z dźwiękiem nagranym w wersji monofonicznej.
Telewizja nasza polska była wtedy monofoniczna, a program był nagrany stereofonicznie, płyta była stereofoniczna, no ale ktoś to wtedy w tej Szwajcarii – bo to oprócz tego, że to był festiwal, odbywały się tam targi i tak dalej – mógłby ktoś kupić ten program, zwłaszcza że śpiewałem Szekspira w oryginale, był to projekt międzynarodowy jak najbardziej i miał wszelkie szanse, ale technicznie ta monofonia nas dyskwalifikowała. Telewizja polska wysyłała co roku wiele różnych programów na ten festiwal, nic się nie kwalifikowało, i to był jedyny program od wielu, wielu lat, który tam się załapał do trzydziestki najlepszych programów tego typu, a z tego co wiem, była konkurencja ponad tysiąca programów z całego świata.

Gosia: Jest Pan bardzo wszechstronny, wiem że jeździ pan na rolkach...

J.K.: (wtrąca ze śmiechem) Dziękuję bardzo!

Gosia: na snowbordzie, na nartach, nurkuje Pan, jeździ konno...

J.K.: Jestem taki wariat, że wszystkiego lubię spróbować. A z tą konną jazdą to po prostu umiem, bo byłem na paru obozach konnych, grałem w kilku filmach, gdzie trzeba było wsiąść na konia, ale jakimś wybitnym jeźdźcem nie jestem. Lubię się ruszać żeby nie zardzewieć.

Gosia: A co najbardziej Pan z tego lubi robić?

J.K.: Chyba najbardziej jednak z tego narty, ale na desce też jeżdżę. Jeszcze mam nadzieję, że w tym sezonie uda mi się wyjechać chociaż na kilka dni.

Gosia: A na motorze jeszcze Pan jeździ?

J.K.: Jeździłem kilka razy w życiu na motorze i myślę, że to jest bardzo fajne zajęcie, natomiast jako człowiek odpowiedzialny trochę się tego boję, bo przy moim temperamencie to mogłoby się źle skończyć. Mam syna, który ma w tej chwili dziewiąty rok, i bardzo bym chciał sobie kiedyś kupić motor, ale się boję, że jak ja sobie kupię motor, to mój syn też będzie chciał, no i to może być niebezpieczne.

Gosia: Miał Pan takie marzenie, żeby przejechać Stany Zjednoczone ze wschodu na zachód.

J.K.: Najbardziej mi się udało Stany przejechać z moją mamą. Moja mama mieszka w Stanach, w Chicago, i pojechaliśmy w zeszłym roku jesienią z Chicago do Memphis, na Florydę i z powrotem do Chicago. Jeszcze zahaczyliśmy o Detroit, na Florydzie spędziliśmy parę dni, na razie tylko tak z północy na południe. Ale niestety nie na motorze, samochodem...

Gosia: No właśnie, to miało być na motorze!

J.K.: Chciałbym, to jeszcze, mam nadzieję, przede mną. No właśnie, jak jechałem po tych Stanach samochodem mamy, to spotkałem na parkingu ludzi, którzy mieli koło osiemdziesiątki, takie małżeństwo, i jechali na motorze właśnie. Tak że myślę, że jeszcze wszystko przede mną.

Gosia: Tak jest! Dobrze. A gdzie Pan najbardziej lubi wypoczywać – nie wiem – na Kanarach, w górach?

J.K.: Wypoczywać z fajnymi ludźmi, to wtedy gdzie się jest już ma mniejsze znaczenie. Ale chyba najlepiej się czuję rzeczywiście w górach, gdy zjeżdżam szybko na desce albo na nartach. Tu jest mój ból, ponieważ moja żona nie jeździ na nartach i wszelkie rozmowy i pertraktacje z nią zawiesiłem na kołku, bo zauważyłem, że drążenie tego tematu grozi rozwodem. Ale na szczęście mój syn podziela moje upodobania i mam nadzieję, że jeszcze z nim trochę pojeżdżę.

Gosia: A jak ma Pan – każdy z nas ma czasami taki gorszy dzień, chandrę jakąś, to co wtedy Pan robi? Zaszywa się Pan z gitarą gdzieś tam w kącie, ja na przykład tak robię, czy raczej rolki?

J.K.: Nie, nie. Ja na przykład wtedy albo się biorę za jakąś robotę, staram się poszukać jakiegoś tekstu i nad nim popracować, albo nad tym co mam aktualnie do zrobienia, albo idę do kina. Jestem kinomanem, o tak. Bardzo lubię chodzić do kina.

Gosia: Ubiera się Pan sportowo, ma pan taki styl raczej młodzieżowy, ma pan dorosłą córkę, ile ma lat, dwadzieścia jeden?

J.K.: W grudniu skończyła dwadzieścia jeden.

Gosia: A nie zdarza się, gdy idzie Pan gdzieś z córką, że słyszy Pan za plecami: "Ale sobie Kawalec młodą laskę poderwał"?

J.K.: Moja żona jest taką osobą, która nie lubi zgiełku i takich różnych imprez towarzyskich, na które dosyć często dostaje zaproszenia, a to otwarcie nowego lokalu, a to jakaś tam premiera filmu, a to jakaś tam premiera czegoś innego, gdzie bywa sporo fotoreporterów. Z kolei moja córka to uwieeelbia, więc zabieram ją ze sobą i jak nas wtedy fotopstrykają, to zawsze mówię, że to jest moja córka (śmiech). Prostuję od razu sprawę.

Gosia: A czy to pana bawi, czy raczej złości?

J.K.: Bawi mnie. Nie, nie złości.

Gosia: Jakie wartości w życiu są dla pana najważniejsze? Dla Jacka Kawalca najważniejsze w życiu jest…

J.K.: Z biegiem czasu, kiedy to już człowiek zaczyna trochę patrzeć z górki, mam czterdzieści pięć lat, to mimo wszystko tak czuję, że chyba rodzina przede wszystkim, że jest wiele różnych rzeczy, które się w życiu robi, ale jak ma się kochających ludzi, którzy myślą o człowieku, no to chyba jednak nie ma nic cenniejszego, tak naprawdę. Bo praca pracą oczywiście, to zwłaszcza dla mężczyzny ważne, żeby się jakoś realizować. No i taka, powiedzmy – jednak wolność, że jestem wolnym strzelcem, nawet to, że się zwolniłem z etatu w teatrze, wynika nie z konfliktu mojego na przykład z dyrekcją teatru, bo ja mimo że od kilku lat nie jestem na etacie, w bardzo dobrej komitywie żyję z Teatrem Polskim i z jego dyrekcją, z Jarkiem Kilianem, który mnie ceni jako aktora, to myślę, że ważna jest wolność taka w życiu, żeby móc nie poddawać się do końca, żeby nic nie musieć robić dlatego, że ktoś mi coś każe. Pewnie dlatego już nie pracuję w telewizji. Trochę byłem rogatą duszą... Tak się starałem w życiu postępować, żeby jak się patrzy w lustro przy goleniu, to nie myśleć, że dałem ciała dla jakiegoś układu.

Gosia: Wiem, że lubi pan patrzeć w ogień, może się pan godzinami wpatrywać w ognisko, tak gdzieś przeczytałam... mieliśmy próbkę tego na Zlocie...
Bardzo chcemy zorganizować jeszcze jeden taki Zlot, co najmniej jeden, mam nadzieję, że będzie trochę w innej sytuacji, wtedy musieliśmy rozrywki ograniczyć do minimum, bo była ta tragedia w kopalni i żałoba narodowa.. Chcieliśmy zapytać, czy jeżeli zorganizujemy taki Zlot, czy możemy liczyć na pomoc przy ognisku?


J.K.: Jakiego rodzaju pomoc?

Gosia: Przede wszystkim obecność.

J.K.: No oczywiście, jeżeli tylko będę mógł, to z przyjemnością na pewno przyjadę.

Gosia: Czyli możemy liczyć, że zaopiekuje się Pan naszym ogniskiem tak jak się Pan nim opiekował poprzednim razem?

J.K.: A, w tym sensie, że będę tam dorzucał do ognia, to jak najbardziej. Strażnik ognia proszę bardzo.

Gosia: Dziękujemy bardzo.

J.K.: I ja dziękuję.
Ostatnio zmieniony 17 kwie 2007, 8:27 przez Gosia, łącznie zmieniany 1 raz.
[b][i]"Każdy i zawsze, jak sądzę, do czystej kartki papieru powinien zasiadać z pokorą, ale też i z odwagą, tylko świadomą ryzyka".
[/b][/i]
[color=blue][b][i]Robert Brutter[/i][/b][/color]

Awatar użytkownika
Dragon
Elitarny komentator
Elitarny komentator
Posty: 243
Rejestracja: 26 lut 2007, 11:35
Lokalizacja: Jasienica Rosielna

16 kwie 2007, 21:01

odjazdowy wywiad.... Gosia czapki z głów dla ciebie i dlatego co dla nas robisz.... :evil: :evil: :evil:
[b]Żyć z ludźmi i dla ludzi[/b]

Awatar użytkownika
Bogna23
Moderator
Moderator
Posty: 715
Rejestracja: 22 gru 2006, 20:17
Lokalizacja: Podkarpacie
Podziękował(a): 71 razy
Otrzymał(a) podziękowań: 145 razy
Kontakt:

17 kwie 2007, 17:12

Ekstra wywiad! Dzieki Gosiu!

danka
Przyjaciel
Przyjaciel
Posty: 32
Rejestracja: 27 gru 2006, 23:33
Kontakt:

18 kwie 2007, 20:12

Gratulacje dla Gosi i dla p. Jacka, który jak zwykle wyważony (typowa Waga) ze szczyptą humoru. Człowiek z klasą - wiedziałam, że tak będzie. A Gosia, jak zawsze przygotowana - BRAWO!!!

Antek
Początkujący
Początkujący
Posty: 28
Rejestracja: 23 lut 2007, 20:07
Lokalizacja: z Północy

18 kwie 2007, 21:13

Uszanowanie za ten wywiad.

ODPOWIEDZ