Na scenie i przed kamerą czuję się w swoim żywiole, a popularność, sympatia widzów i kontakt z publicznością dają poczucie, że ziściło się to, o czym zawsze marzył. Nawet coraz większa odpowiedzialność, związana ze stażem i wypracowanym nazwiskiem, nie przysłania blasków zawodu. Przeciwnie, motywuje do wytężonej pracy. Takiej na maksa, bo tylko taką uznaje.
Wielokrotnie miał Pan okazję współpracować z wielkimi reżyserami, grając role drugoplanowe. Czy epizod również traktuje Pan jak wyzwanie na miarę roli głównej?
– Tak. Pod warunkiem, że jest to epizod interesujący i jest jakiś powód, dla którego mam go zagrać. Wtedy, jak ostatnio, w przypadku ról drugoplanowych w „Galeriankach” czy w „Bezmiarze sprawiedliwości”, mam poczucie, że jestem elementem filmu równie istotnym jak ten, który stanowi oś główną, a od tego, jak zagram tę rolę, bardzo dużo zależy. Tak myślałem zawsze, tyle że kiedyś miałem inne motywacje, bo nie dostawałem ról dużych i epizodami musiałem sobie wydreptać pozycję i wyrobić opinię. Dlatego do każdej, nawet najmniejszej roli, przywiązywałem dużą wagę i starałem się ją zagrać najlepiej jak potrafiłem, żeby ewentualnie dostać większą.
Przyznał Pan kiedyś, że dla aktora charakterystycznego jest dużo ról niedużych. W tym kontekście warunki fizyczne to przekleństwo, czy raczej błogosławieństwo?
– Myślę, że to mój atut. W aktorstwie jest tak, że aktor charakterystyczny ma więcej propozycji. Mniejszych, ale za to więcej. Generalnie trzeba się z tym po prostu pogodzić. Z przystojnego aktora zawsze można zrobić brzydkiego, a z takiego jak ja raczej się już nie da zrobić przystojniaka. Za to poprzez swoją charakterystyczność mogę bardziej zapaść widzom w pamięć z tego względu, że trudno mnie do kogoś porównać. Jak ktoś jest ładny, to takich ładnych jest wielu, a jeden podobny do drugiego. A taki Zbyszek Zamachowski jest jedyny w swoim rodzaju. I to jest nasz atut. Broń Boże, nie porównuję się tu do Zbyszka.
Nie zazdrościł Pan nigdy kolegom obsadzanym w rolach amantów?
– Nie. Już zdając do szkoły aktorskiej, miałem świadomość, że nie będę grał takich ról, i dawno się z tym pogodziłem. Wiedziałem, jak wyglądam, ale nigdy nie miałem o to żalu do losu. Zresztą, bez przesady, chyba aż tak szpetny nie jestem…
Mówiąc o wielkich reżyserach i pamiętnych – choć mniejszych – rolach, nie sposób pominąć Pańskiego udziału w kinie moralnego niepokoju Krzysztofa Kieślowskiego, uważanego przez wielu aktorów za mistrza. Co dała Panu ta znajomość i czego nauczyła Pana praca u jego boku?
– Ja też tak wspominam to spotkanie, które całkowicie przewartościowało moje myślenie o świecie, życiu, aktorstwie. Do tego czasu nikt ode mnie specjalnie nie wymagał. Po prostu trzeba było prawdziwie, naturalnie zagrać postać. I już. U Krzysztofa okazało się, że on oczekuje czegoś więcej – jakiejś tajemnicy, wartości dodanej, która jest poza scenariuszem i wypowiadanymi słowami. U niego prawda była jeszcze głębsza, ale znaczyła coś więcej. U niego historie są prawdziwe i możliwe do zrealizowania, ale stawiają pytania. Tak jak rola w filmie „Bez końca”, który jest diagnozą kondycji moralnej ówczesnego społeczeństwa po stanie wojennym w Polsce, albo moja postać w „Dekalogu”, która też jest wielkim znakiem zapytania.
Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER
źródło





Nowości










