Anna Jurksztowicz (48 l.) największą popularność zyskała w latach 80. dzięki przebojowi "Diamentowy kolczyk". Ale widzowie doskonale znają jej głos także dzięki piosenkom ze znanych seriali "Ranczo", "Na dobre i na złe", czy "Matki, żony, kochanki".
Ostatnio wraz z mężem Krzesimirem Dębskim (58 l.) odcisnęła dłonie na Promenadzie Gwiazd na Wakacyjnym Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach. Faktowi zdradza najbliższe plany i z dumą opowiada o synu, Radzimirze, który poszedł w muzyczne ślady rodziców.
Mąż Krzesimir, syn Radzimir... To jakaś tradycja?– W rodzinie męża jest taka tradycja, że nadaje się starosłowiańskie imiona. Leżałam jeszcze w szpitalu, gdy mąż dość arbitralnie poinformował mnie, że nasz syn będzie miał na imię Radzimir. Mój teść ma imiona Włodzimierz Sławosz.
I jak na co dzień mówicie do syna?– Zdrobniale „Dżimi". Amerykańscy koledzy syna nie mają z tym problemu, dla nich to po prostu Jimmy.
W latach 80. była pani bardzo sławna, teraz jest pani trochę w cieniu...– Świadomie zrezygnowałam z bycia megapopularną piosenkarką. W latach 80. drażniły mnie kolorowe okładki ze mną, które wtedy wyglądały jak – za przeproszeniem – papier toaletowy. Ale ta rezygnacja nie była poświęceniem. Miałam małe dzieci, syna i córkę, i uznałam, że powinny mieć normalny dom. Syn też chciał zostać muzykiem, więc zrobiliśmy wszystko, by w terminie skończył studia, a nie od razu „gwiazdorzył”. Teraz jest po Akademii Muzycznej i jest producentem piosenki do filmu „Bitwa warszawska 1920 r.".
Ale to był szczyt pani kariery, nie żałuje pani trochę?– Nie. Męczyło mnie to jednak. Ale rzeczywiście miałam wtedy w repertuarze w sumie z 60 piosenek do tej pory znakomicie pamiętnych przez publiczność.
Z „Diamentowym kolczykiem" na czele!– Ta piosenka nie była wcale taka płytka i głupia. Opowiadała o zagubionej dziewczynie, która marzy o kolczyku, a dopada ją ówczesna rzeczywistość, polityka, komuna... Proszę sobie wydrukować tekst tej piosenki. Jest pełen znaków zapytania, wielokropków, nie jest taki jednoznaczny.
Czyli głębokie treści?– Wie pan, w tamtych czasach zawsze byłam pod wrażeniem, jak poważnie ludzie ze sobą rozmawiali. Pytania dziennikarzy też były pełne treści, głębokie, o twórczości, rozmaitych skojarzeniach, o coś więcej nam wszystkim chodziło.
A teraz ludzie nie kojarzą pani nazwiska i osoby, tylko głos.– Ale nadal jestem aktywna. Od lat w każdym odcinku „Na dobre i na złe" można usłyszeć wykonywaną przeze mnie piosenkę tytułową. Taką piosenkę nagrałam też do serialu "Matki, żony i kochanki", choć miała ją wykonywać Kora albo Beata Kozidrak. Poza tym śpiewałam piosenki w polskich wersjach wielu filmów Disneya, np. „Prosiaczek i przyjaciele", „Kubuś i Hefalumpy”. Teraz planuję wydać płytę ze swoimi filmowymi i serialowymi piosenkami. Zrealizowałam ich symfoniczne wersje z 60-osobową orkiestrą!
W filmie „Kingsajz” też słyszeliśmy pani głos–Tak, a ostatnio jeszcze słychać mnie w serialu „Ranczo".
To dlaczego pani nazwisko nie jest już tak popularne?– Bo uważam, że można kierować własną popularnością i zawsze starałam się podejmować świadome decyzje związane z karierą. Ale i tak paparazzi potrafili jeździć za mną i mężem wiele godzin, choć wcale nie jesteśmy jakimiś topowymi gwiazdami.
Myśli pani, że popularność jeszcze wróci?– Mam wrażenie, że kolejny szczyt popularności jest jeszcze przede mną. Jestem strasznie zajęta, nie mam wręcz wolnej chwili w swej działalności wykonawczo-producencko-koncertowej.
A to wszystko w jednej rodzinie!– To osobny temat, czyli czy łatwo pracować z mężem, czy nie. Jesteśmy wręcz samowystarczalni zawodowo, ale czy praca i relacje intymne to dobra rzecz? Sama nie wiem, choć staram się bardzo dbać o higienę pracy i życia nas wszystkich. Chodzę spać przed północą i często namawiam też do tego męża.
A on mówi: „nie”, bo ma wieczorem wenę twórczą?– To jest mit, że można tworzyć tylko i wyłącznie w wielkim uniesieniu. Jak mamy jakiś pomysł, to i tak trzeba usiąść jak urzędnik i krok po kroku wykonać żmudną pracę na komputerze, zapisać to wszystko, zaaranżować. Dosłownie jak na etacie „od... do...".
Chce pani, by syn stał się muzyczną gwiazdą?– On idzie tą samą ścieżką, co my. Ma już spory dorobek, choć oczywiście staramy się mu pomagać. Razem wyprodukowaliśmy właśnie piosenkę do filmu „Bitwa warszawska 1920 r.". W duecie śpiewają ją Natasza Urbańska i Borys Szyc. I tak samo jak ćwierć wieku temu z „Diamentowym kolczykiem" albo parę lat temu z „Dumką na dwa serca" – muzykę skomponował mąż, a słowa napisał Jacek Cygan.
źródło