Tomasz Sapryk: każdy choć raz spotkał Zibiego
Obdarzony talentem i autentyczną siłą komizmu. Na stałe związany jest z Teatrem Powszechnym w Warszawie. Na dużym ekranie bawi nas od 1993 roku. Zadebiutował wtedy w „Uprowadzeniu Agaty” M. Piwowskiego...
![]()
Wystąpił też m.in. w „Nic śmiesznego” M. Koterskiego, „Poranku kojota” O. Lubaszenki, „Weselu” W. Smarzowskiego, „Ciachu” P. Vegi, a ostatnio w „Weekendzie” C. Pazury. Gra też w serialach, m.in. w „Wiedźmach”, „Ja wam pokażę”, „Dylematu 5”, „Ranczu”.
W „Aidzie” wciela się w postać Zibiego, właściciela baru.
Kim jest ten Pana Zibi w „Aidzie”?
– To jest taki trochę satyryczny portret Polaka: trochę cwaniaka, trochę mitomana, trochę kabotyna. Zibi, podobnie jak pozostałe postacie serialu, jest postacią nieskomplikowaną. To na pewno nie jest profesor filozofii. Jednocześnie ma dość wybujałą wyobraźnię i jest podejrzliwy. A przy tym impulsywny, nerwowy, wybuchowy. Roznosi go energia. Ma ciągle różne nowe pomysły, różne fascynacje i obsesje.
Na przykład?
– A to wdaje się w hazard, a to roi sobie coś na temat rzekomego konkurenta, to znów coś innego. Te pomysły mnożą się jak króliki. Szybko mu się pojawiają i szybko je porzuca. W którymś momencie zakochuje się w dziewczynie, która okazuje się przebranym mężczyzną. I ma w sobie Zibi ten spotykany u nas typ pyszałkowatości: „Co, ja nie potrafię? Ja nie dam rady?”. I potem wpada w kłopoty. Fakt, że jego bar nosi imię Chucka Norrisa (Nora Czaka – przyp. red.) też wpływa na jego impulsy. Podejrzewam, że każdy z nas choć raz w życiu spotkał kogoś w typie Zibiego. Prawdę mówiąc jego postać nie wystawia nam najlepszego świadectwa...
Jest negatywną postacią?
– Nie. Zibi jest w gruncie rzeczy postacią dość sympatyczną, choć śmieszną. W głębi serca nie jest zły i potrafi być nawet uczynny. Jednak kiedy już takim jest, to robi to tak, żeby wszyscy widzieli, jaki to on jest dobry. A może być dobry, bo jako jedyny z bohaterów „Aidy” nie ma permanentnych kłopotów finansowych. To nie znaczy, że jest jakimś bogatym biznesmenem. Prowadzi tylko mały biznes, ale to mu daje stały dopływ gotówki.
Propozycję zagrania Zibiego przyjął Pan z satysfakcją?
– Przyznam, że materiał wyjściowy mnie nie zachwycił i trzeba było mocno popracować na planie, by dodać mu życia, smaku, barwy. Poza tym postacie w typie Zibiego trochę się do mnie przyczepiły jako do aktora. Ale co zrobić, taki los, tak mnie reżyserzy widzą. Kto wie, może to ostatnia moja tego typu rola?
Na ile daleko odeszliście od formatu hiszpańskiego?
– Daleko. Nie można było wprost kopiować. Realia i charaktery hiszpańskie są bardzo odmienne od polskich. Inne są klasyczne typy charakterologiczne. Inny jest rodzaj humoru, ostrzejszy, bardziej „świński” od naszego. Odmienny jest temperament i sposób bycia. W naszej wersji nie można było jak w hiszpańskiej ustawiać na raz na planie kilka krzyczących jednocześnie osób.
Jaki to będzie serial? Komediowy, satyryczny, obyczajowy?
– Nie tak łatwo go zaszufladkować. Nie znajduję dla niego odpowiednika. Być może można mieć jakieś minimalne, bardzo minimalne skojarzenie z „Kiepskimi”. Serial jest kameralny, nie wychodzimy w plener. Jest tylko kilka postaci, nie ma wielu wątków. Serialem obyczajowym nie jest, bo nie udaje realizmu. Nie jest salonowy, bo nie dzieje się w bogatym salonie. Bliżej mu jest do komediowości, ale ona jest odmienna niż w innych serialach. Mam wrażenie, że bardziej apeluje do inteligencji widzów, do ich poczucia humoru. Jednocześnie ma coś mówić o naszej mentalności, kompleksach, aspiracjach.
W jakiej konwencji gatunkowej został zrealizowany?
– Nie jest to serial z gatunku tych, gdzie w pięknych, nieskazitelnych pomieszczeniach, pośród pięknych przedmiotów poruszają się tylko piękne kobiety i eleganccy panowie. Sceneria w „Aidzie” jest z rozmysłem trochę „badziewiasta”. Tak jak bohaterowie. A dekoracje celowo czuć papierem.
Rozmawiał Krzysztof Lubczyński
źródło


Nowości










