[wywiady] Wywiad z panem Grzegorzem Wonsem.

W tym dziale znajdziecie nasze autorskie wywiady z ekipą serialu.
Awatar użytkownika
Gosia
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 372
Rejestracja: 22 gru 2006, 16:39
Lokalizacja: Warszawa
Otrzymał(a) podziękowań: 3 razy
Kontakt:

21 wrz 2007, 9:10

Pan Grzegorz Wons.
Wielu z nas zna go z ról teatralnych, filmowych i kabaretowych. Mnie bardzo podobał się w komediach Aleksandra Fredry nadawanych przez Teatr Telewizji. Ale ilu z nas wiedziało, że pan Grzegorz to również utalentowany malarz?
Rozmawialiśmy w Jeruzalu, na planie kinowej wersji „Rancza”. Siedzieliśmy w barobusie, w którym ekipa jada posiłki. Na moje pytania odpowiadał bardzo spokojnie, trochę filozoficznie i miałam wrażenie, że głęboko zastanawia się nad każdym zdaniem. Z tyłu za nami stukały naczynia, szumiał klimatyzator i słychać było rozmowy aktorów, którzy przychodzili na obiad. Mam jednak wrażenie, że ani mnie, ani mojemu rozmówcy to zupełnie nie przeszkadzało. Pan Grzegorz był skupiony nad tym co mówił, a ja zasłuchana i zafascynowana jego melancholicznym spokojem, a jednocześnie wewnętrzną siłą. Zastanawiałam się, jak taki poważny facet może tak świetnie grać komediowe role?
Kiedy wróciliśmy na plebanię, gdzie akurat trwały zdjęcia, poznałam jego zupełnie inne oblicze. Okazało się, że ma fantastyczne, mądre poczucie humoru. Myślę, że nie tylko ja, ale również Danka i Radek, którzy byli tam ze mną, świetnie się tego popołudnia, dzięki panu Grzegorzowi, bawili. Kiedy się spotykamy, często je wspominamy. To było bardzo miłe spotkanie. Pan Grzegorz Wons potrafi świetnie zagrać każdą rolę. Teraz już wiem dlaczego...


Gosia: Panie Grzegorzu, jak się zaczęła pana przygoda z „Ranczem”?

G.W:W najprostszy możliwy sposób. Zostałem poproszony do współpracy przez Studio A i już.

Gosia: Czy od razu spodobała się Panu rola Wiecławskiego?

G.W: Na początku nie bardzo wiedziałem „z czym to się je”. Wszystko było w stadium projektów. Role drugoplanowe nie były napisane tak wyraziście jak rola Kusego, Lucy czy Księdza. Nie były tak dobrze przyłożone do postaci. Każdy z nas przyglądał się, jak to „ugryźć”. Trzeba było szukać na nie pomysłu. Dlatego często się spotykaliśmy. Omawialiśmy najistotniejsze elementy danej postaci i jakoś to wyszło.
W drugiej serii scenarzyści już wiedzieli, jak my się zachowujemy. Dlatego pisali „pod aktorów”. Znali już nasze możliwości.

Gosia: Wprowadził Pan do postaci jakieś swoje pomysły, czy trzymał się Pan ściśle scenariusza?

G.W: Zawsze się wprowadza jakieś pomysły. Każdy wprowadza własne elementy. Aktor gra swoim organizmem, ciałem. Nie były to jakieś zasadnicze rzeczy, które wyraziście charakteryzowałyby tę postać. Ze względu na to, że scenariusz jest bliski życia i widzowie bardzo się z nim identyfikują, trzeba było podejść do roli bardzo subtelnie. „Ranczo” jest uszyte z innego materiału niż sitcom czy taka prosta komedia. Moja inwencja była ograniczona ze względu na fakt, że trzeba było bardzo ostrożnie się z tą materią obchodzić. Dlatego głównie kierowałem się jednak zamysłem scenarzystów.

Gosia: Panowie scenarzyści wystosowali list do wszystkich aktorów z prośbą o to, żebyście Państwo zasugerowali, jak widzicie swoją postać w III serii. Czy miał Pan jakieś prośby do scenarzystów i czy zostały spełnione?

G.W: Tak, miałem. Czy zostały spełnione, nie wiem, ponieważ nie czytałem jeszcze scenariusza III serii. Odpisałem w formie pytań. Po dwóch transzach sytuacja jest taka, że często aktorzy wiedzą więcej o postaci niż scenarzyści. Mnie najbardziej zależało na tym, żeby powrócić do śladu zasygnalizowanego w pierwszej części. Był tam wątek, w którym Więcławski remontował kapliczki z powodu chorej córki. Ta córka zniknęła, nie ma jej. Pytanie moje brzmiało: „Co się z nią dzieje?”. Wiem, że reakcja na to jest i w trzeciej transzy ta postać się pojawi. Kolejna sprawa. W drugiej transzy jest położony bardzo silny akcent na kontakty Więcławskiego z wójtem, a znacznie mniejszy na kontakty z księdzem. Z pierwszej serii wynikało, że jest on niemal kościelnym, pomaga księdzu. Bardzo podobała mi się sytuacja, kiedy był rozdarty między wójtem a plebanem i musiał zaspokajać zapotrzebowania jednego i drugiego. Był pomiędzy młotem a kowadłem. Chciałbym wrócić do tej sytuacji. Zaznaczyłem jeszcze parę takich szczegółów, a jaki będzie odzew, to zobaczymy. Wiem, że jest w scenariuszu kilka historii, które wracają, a czy będą atrakcyjne...? Przekonamy się.

Gosia: Czy lubi Pan tę postać?

G.W: Czasami zdarza się, że nie mamy wyraźnego, emocjonalnego, pozytywnego stosunku do postaci, ale żeby grać, trzeba ją polubić. Nie ma innego wyjścia. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Jeżeli byłoby do zagrania coś tak okropnego, że nie można się tego podjąć, to po prostu bym zrezygnował. Natomiast jeżeli biorę coś do roboty, to muszę polubić postać i muszę lubić ją grać. Innego wyjścia nie ma. Inaczej nie da się pracować.
Bywają takie sytuacje, szczególnie w teatrze, kiedy z powodów inscenizacyjnych albo tekstu coś się mniej lubi. Jest to sytuacja, kiedy idę grać z lekką niechęcią. W filmie to się rzadko zdarza. Tutaj możemy dokonać wyboru - chcemy czy nie chcemy grać. Jeżeli podejmuję się, to nie widzę innej możliwości jak tylko polubić postać.

Gosia: A jak się zaczęła Pana przygoda z aktorstwem? Czy od razu, za pierwszym razem dostał się Pan do szkoły teatralnej.

G.W: Tak, udało mi się za pierwszym razem. Tak jakoś bezboleśnie i równie bezboleśnie debiutowałem. Opiekunem naszego roku był Tadeusz Łomnicki, który jednocześnie był dyrektorem Teatru na Woli. Przez cztery lata czuł się duchowym ojcem naszego roku i osiem osób zaangażował do swojego teatru. Stworzyliśmy grupę, coś w rodzaju koła naukowego pod przewodnictwem reżyserskim Krzysztofa Zaleskiego, który był wtedy pracownikiem Instytutu Badań Literackich. Namówiliśmy go, żeby zdawał na reżyserię, i robiliśmy przedstawienia poza normalnym tokiem studiów. To wszystko poszło jakoś tak od razu. Udało mi się....

Gosia: Jest Pan absolwentem poznańskiego Liceum Sztuk Plastycznych. Skąd taka zmiana zainteresowań?

G.W: Tak, to było pięcioletnie zawodowe liceum, które dawało tytuł: „technik wystawiennictwa”. Mieliśmy bardzo dużo zajęć zawodowych poza normalnym programem licealnym: malarstwo, rzeźbę, projektowanie. Większość moich kolegów później kształciła się w tym kierunku, a ja od trzeciej klasy wiedziałem, że chcę zdawać do szkoły teatralnej. Może zacząłbym już wcześniej, ale nie było liceów teatralnych. Już moje nauczycielki w szkole, które uważały, że mam duże zdolności plastyczne, zadawały mi pytanie: „Dlaczego zdradzasz muzę?” U mnie to szło równolegle. Od dzieciństwa rysowałem i malowałem, ale znacznie bardziej pociągało mnie aktorstwo. Musiałem podjąć decyzję. To był proces nie do zatrzymania.

Gosia: A czy teraz wykorzystuje Pan swoje zdolności plastyczne?

G.W: Niestety, jest to bardzo utrudnione z powodu braku czasu. Najbardziej lubię malować,
a to zajęcie bardzo czasochłonne. Jest to innego rodzaju skupienie, inny rodzaj wrażliwości. Trzeba się przenieść w inny świat. Technicznie wygląda to tak, że muszę wszystko rozłożyć, zacząć robić, i nie mogę się odrywać dopóki nie skończę. Jak przerwę, to trudno mi do tego wrócić. Wymaga to czasu, którego mi brakuje. Przychodzą takie fale i wtedy robię dwie lub trzy prace w zależności od techniki. Czasami akryl, a czasem pastel lub olej. Często robię coś w wersji usługowej. Komuś na prezent albo na pamiątkę dla kogoś z przyjaciół. Dlatego nie mam nagromadzonych prac, tak żeby zrobić wernisaż czy wystawę. Nie odwróciłem się od malowania. Czasem przychodzi fala uderzeniowa, kiedy mi tego bardzo brakuje. Rozkładam farby i zaczynam pracować...

Gosia: Co Pan najbardziej lubi malować, abstrakcje tak jak Kusy czy może pejzaże?

G.W: To jest głównie malarstwo akademickie, przedstawiające. Takie, które można powiesić w domu bez wstydu. Są to najczęściej pejzaże z elementami architektury. Na przykład zrobiłem cykle weneckie. Jestem zauroczony tym miastem. Byłem tam kilka razy i bardzo podoba mi się ta architektura. Często robię jakieś kopie, które pasują do wnętrza. Na przykład malarstwo holenderskie. Żeby stworzyć swój styl, swój język, trzeba dużo pracować. Niestety nie mam na to czasu.

Gosia: Miał Pan w swojej karierze epizod pedagogiczny…

G.W: Tak, byłem przez jakiś czas asystentem profesora Holoubka i profesora Szczepkowskiego. Była taka przygoda. Miałem kilka pedagogicznych doświadczeń…
Dawno, teraz już nie.

Gosia: Czy podobała się panu ta praca, lubił Pan pracować z młodzieżą?

G.W: Byłem niewiele starszy od nich. Miałem mało doświadczenia, ale to praca dająca ogromną przyjemność i satysfakcję. Myślę, że teraz, po latach, miałbym im o wiele więcej do zaproponowania, do przekazania niż wtedy. Praca z młodzieżą to fantastyczna sprawa. Tu od razu można zobaczyć efekt. Taki młody człowiek to jest bardzo plastyczny materiał. Od razu widać jego zakres umiejętności, w którą stronę może się rozwijać…
Tak, ta praca dawała mi bardzo dużo radości.

Gosia: Duża grupa naszych forumowiczów to ludzie młodzi, wchodzący dopiero w dorosłe życie, co Pana zdaniem trzeba zrobić, żeby zrealizować swoje marzenia?

G.W: Myślę, że trzeba się zastanowić, co dla młodego człowieka jest marzeniem. Jakie są jego oczekiwania od przyszłości, gdzie są granice marzeń i jak zamierza je realizować. To, co mógłbym poradzić, to żeby nigdy nie rezygnować z marzeń, z pasji, z tego co się chce osiągnąć. Nawet jeżeli nie uda się dobrnąć do celu, to aktywność, energia, jaka zostanie temu poświęcona, może napotkać na swojej drodze inne możliwości. Nasza pasja może naprowadzić nas na inną równie ciekawą i fascynującą drogę. Nie zrealizujemy marzeń, jeżeli będziemy siedzieli i bezczynnie czekali. Trzeba losowi pomagać i to z wielkim przekonaniem.
Bez względu na okoliczności społeczne, polityczne, geograficzne nie ma nic piękniejszego w młodym człowieku niż jego pasja i wiara, że to, co sobie zamierzył, będzie możliwe do spełnienia.

Gosia: Czy jako młody chłopak był Pan buntowniczą duszą, czy spokojnie realizował Pan swoje marzenia?

G.W: Byłem bardzo spokojnym chłopcem, grzecznym dzieckiem. Siedziałem w kątku i rysowałem. Mój bunt, który jest przypisany w pewnym momencie każdemu młodemu człowiekowi, bardzo wyraźnie zaznaczył się pod koniec szkoły podstawowej i w szkole średniej. Miałem to szczęście, że chodziłem do szkoły artystycznej, której zazdrościli mi rówieśnicy. Nam było trochę więcej wolno. Nasi profesorowie byli bardziej tolerancyjni. Ubieraliśmy się inaczej. Na tle panującej dookoła szarości byliśmy inni, bardziej kolorowi. Mam wielki szacunek do nauczycieli z tej szkoły. Oprócz tego, że sporo nas nauczyli, to pozwalali nam się kształtować. Miałem okres buntu. Były takie momenty w moim życiu, które można by uznać za zdecydowany sprzeciw przeciwko wszystkiemu, co jest ułożone, co jest jakimś przepisem, ładem. Nie chodziło jednak o to, że wszystko mi wolno. Było to w granicach rozsądku. Nie myślałem o tym, żeby rujnować porządek świata, ale wpisać się w niego tak delikatnie, żeby to wszystko omijać. Jakoś mi się udawało…


Gosia: Gra pan sporo w filmach, ale pracuje również dużo w teatrze. Co sprawia panu większą przyjemność, co daje więcej satysfakcji - film czy teatr?

G.W: Nie dzieliłbym tego tak. To jest bardzo zależne od tego, co robię. Trudne jest, kiedy gra się trzysta razy to samo przedstawienie. Są role, które dają dużą satysfakcję, i takie, które dają mniejszą. W tej chwili zdecydowanie wolę pracę w filmie, chociaż jest to mniej komfortowa sytuacja. Kiedy przychodzę do teatru, to wiem co będzie i nic mnie nie zaskoczy.
Niestety, zdarza mi się coraz mniej ciekawych, fascynujących propozycji, takich, które by mnie pasjonowały i dawały dużo radości. Żebym mógł powiedzieć: - o, to lubię, to mi daje satysfakcję. Dużo więcej było na początku mojej drogi aktorskiej. Teraz jest ich niestety zdecydowanie mniej. Praca na planie to różnorodność, codziennie nowe zadanie. W związku z tym zdecydowanie wolę teraz pracę na planie niż w teatrze. Co nie oznacza, że nie lubię teatru.

Gosia: Gra Pan sporo ról komediowych. Pamiętam Pana z ról w komediach Aleksandra Fredry „Nikt mnie nie zna” czy „Gwałtu, co się dzieje” w Teatrze Telewizji, ale gra pan również poważne role. Co sprawia Panu większą przyjemność - role dramatyczne czy komediowe?

G.W: Tego też bym nie rozróżniał. Jeżeli mówimy o rolach nie komediowych, to zawsze ciekawsze jest zagranie kogoś, kto jest czarnym charakterem, a nie subtelnym amantem. Istotne jest, czy rola jest bardziej czy mniej ciekawa. Tak się zdarza ostatnio, że gram zdecydowanie więcej ról komediowych. Taki teraz czas na mnie przyszedł. Muszę przyznać, że tęsknię do roli, która byłaby zdecydowanie dramatyczna. Mam nadzieję, że się coś takiego jeszcze przydarzy.

Gosia: Czy była rola, która sprawiła Panu szczególną przyjemność, szczególną satysfakcję?

G.W: Było wiele takich ról i żadnej bym tu nie wyróżniał. Byłoby to krzywdzące dla mnie i dla tego, co robiłem. Najbardziej pamiętam moją pracę, zmaganie przy debiucie. Debiutowałem w 1976 r, sztuką Georga Buchnera, "Leonce i Lena", Romantyzm niemiecki, kompletnie nam nie znany. Pamiętam wielki wysiłek, który włożyłem, ale i ogromną satysfakcję, że mogłem to grać. Nie każdy debiutuje tak mocno. Ja miałem szczęście...

Gosia: Grał Pan w Kabarecie Olgi Lipińskiej. Czym różni się praca w kabarecie od pracy w teatrze czy filmie?

G.W: Wszystkim. Muszę powiedzieć, że praca w tym kabarecie jest bardzo specyficzna.

Gosia: Słyszałam, że pani Olga jest osobą trudną we współpracy.

G.W: Nie trudną, ale bardzo trudną i jest to stwierdzenie bardzo delikatne. Można to zaakceptować i jakoś wytrzymać albo zrezygnować. Nie ma innej możliwości. Wszyscy, którzy pracowali z panią Olgą, o tym wiedzą i pani Olga też o tym wie. Ja grałem tam 13 lat. Była to potwornie ciężka, mordercza praca. Żeby uzyskać efekt lekkości, trzeba się bardzo namęczyć. Kabaret, działalność estradowa to jest zupełnie co innego niż to, co robiliśmy w telewizji. Tu jest zapis kamerowy. Najpierw trzeba było nagrać playback do piosenek, potem były próby choreograficzne.
Kabaret, który miał godzinną emisję ekranową, to był miesiąc pracy. Nie można porównać tego z niczym, co robiłem przedtem czy co robię teraz.

Gosia: Dużo Pan pracuje, a jak Pan lubi odpoczywać?

G.W: Lubię odpoczywać aktywnie. To jest bardzo męczące dla moich najbliższych, a właściwie dla mojej żony. Dzieci są już dorosłe i mają swoje życie. Ciągam tę moją biedną żonę wszędzie. Ona niechętnie jeździ ze mną, bo jest domatorką, ale ponieważ miłość jest uczuciem ślepym, więc robi to dla mnie.( uśmiech) Oczywiście pozwalam jej odpoczywać. Mówię, żeby sobie posiedziała i sam gdzieś latam. Ja niestety nie potrafię usiedzieć na miejscu, leżeć na plaży. Zwariowałbym. Lubię zwiedzać, oglądać. Jak już się nie da inaczej, to chociaż przelecieć się gdzieś dookoła. Ta moja aktywność zwiększyła się szczególnie w ostatnich latach. Może dlatego, że jestem już strasznie stary i ciągle wydaje mi się, że nie zdążę czegoś zobaczyć. Nieaktywnie potrafię odpoczywać tylko w domu. W domu jest spokojnie, nic się nie dzieje, jestem zmęczony, odpoczywam…

Gosia: Co jest dla Pana najważniejsze w życiu? Dla Grzegorza Wonsa najważniejsze w życiu jest…

G.W: Poczucie bezpieczeństwa. Z tym się wiąże wiele rzeczy. Komfort finansowy.
Taka sytuacja, że w moim życiu prywatnym wszystko jest poukładane. Kiedy nie muszę nerwowo myśleć, co będzie następnego dnia. Miałem takie sytuacje, które trwały latami. Lęk o każdy następny dzień to jest dla mnie coś okropnego. To jest coś, o czym nie mogę zapomnieć i zaniosę ze sobą do grobu. Najważniejsze dla mnie jest to, co dookoła. Bezpieczne, rodzinne gniazdo, życzliwi, kochający się ludzie, którzy mnie otaczają.
Jeżeli możemy sobie zasłużyć, zapracować na taką sytuację wewnętrznego spokoju, stabilizacji, to jest to największe szczęście. Wszystko inne jest drugorzędne. Wszystkie nasze pragnienia, cele, zadania, możliwości, które wykorzystamy lub nie, są drugorzędne. Zależą od naszej aktywności i woli. Mogę powiedzieć, że w tej chwili mam taki dobry czas i oby trwał on jak najdłużej.

Rozmawiała Małgorzata Święs

Kopiowanie, modyfikowanie i wykorzystywanie treści powyższych wywiadów wyłącznie za zgodą autorów i administracji forum www.ranczo.org
Ostatnio zmieniony 21 wrz 2007, 13:13 przez Gosia, łącznie zmieniany 1 raz.
[b][i]"Każdy i zawsze, jak sądzę, do czystej kartki papieru powinien zasiadać z pokorą, ale też i z odwagą, tylko świadomą ryzyka".
[/b][/i]
[color=blue][b][i]Robert Brutter[/i][/b][/color]

Reklama

axell
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 284
Rejestracja: 17 kwie 2007, 13:00
Lokalizacja: Łódź
Otrzymał(a) podziękowań: 26 razy

21 wrz 2007, 11:15

Gosia na twoje ręce składamy podziękowanie p. Wonsowi za ciekawe opowiadanie o sobie a tobie jak zwykle gratulacje za profesjonalny wywiad .

ODPOWIEDZ