Przyjaźń jak stare, dobre małżeństwo
Jakim człowiekiem był Leon Niemczyk? Gdzie przebywał na co dzień? O czym marzył? Co robił w chwilach wolnych od pracy? Któż wiedziałby lepiej niż najlepszy przyjaciel?! O aktorstwie, podróżach i życiu wielkiego aktora opowiada dla forum Ranczersów Ramo Olejnik, kompan na dobre i złe ś.p. Leona Niemczyka.
Pan Ramo jest kierownikiem produkcji filmowych. Czuwa nad organizacją zdjęć i całokształtem pracy na planie. Dobrze zna aktorski światek i świetnie o nim opowiada. Ze mną i Kamilem spotkał się jeszcze przed wakacjami, przy okazji tworzenia przez nas folderu o serialu "Ranczo". Na rozmowę umówiliśmy się w jednym z zabrzańskich hoteli. Wspomnieniom nie było końca, nawet po wyłączeniu dyktafonu.
Anna Zielonka: Przyniósł Pan zdjęcia.
Ramo Olejnik: Takie duperelki z naszych różnych wspólnych wypadów. (pokazuje nam fotki) Na tym zdjęciu jesteśmy na działce. Razem z nami przy stole siedzą moja żona i Iwonka, przyjaciółka Leona.
AZ: Przyjaciółka?
RO: Jego kobieta, z którą żył przez 7 lat, aż do ostatnich swoich dni.
AZ: Dużo młodsza od Pana Leona.
RO: To prawda. Sprawdziła się jednak jako dobra, czuła pielęgniarka, na której mój przyjaciel mógł polegać w każdej sytuacji. Była dla Niego oparciem i ostatnią wielką miłością.
AZ: Naprawdę się kochali?
RO: Odkąd wprowadziła się do Jego domu, byłem tam tylko kilka razy. Ale widziałem, że dobrze im razem. Skoro Iwonka postanowiła mieszkać z dużo starszym od siebie facetem, musiało coś w tym być.
AZ: To prawda, że miał 6 żon?
RO: Zgadza się. Ostatnią była Niemka.
AZ: Ożenił się również z Kubanką.
RO: Te śluby zawierali tylko per prokura.
AZ: A takie prawdziwe?
RO: Jego pierwszą żoną była Tatiana, którą poznał w Łodzi.
AZ: Polka?
RO: Tak, miał z nią córkę Monikę, z którą niestety nie utrzymywał kontaktów, choć tyle mieli ze sobą wspólnego.
AZ: Trzyma Pan w ręce jeszcze jedno zdjęcie. Kto na nim jest?
RO: Leon, ja i Janek Nowicki na Wielkiej Bibie w Sopocie. To festiwal organizowany raz do roku lub co dwa lata, na który ściągają ludzie z całej Polski po to, aby oglądnąć komedie. Są aktorzy, reżyserzy, operatorzy. Takie chude pachołki jak ja też się tam pojawiają w towarzystwie Leona.
AZ: Proszę opowiedzieć Ranczersom o Leonie Niemczyku.
RO: Był przesympatycznym człowiekiem. Taką miał naturę. Jednak gdy się zdenerwował, potrafił pokazać pazury. Kiedyś o mały włos potrąciłby jakąś kobietę, bo nieoczekiwanie wbiegła na ulicę w niedozwolonym miejscu. Leon zatrzymał auto z piskiem opon, otworzył okno i powiedział bardzo grzecznie: "Dzień dobry pani." Na co kobieta: "O dzień dobry, panie Leonie!" A Leon jak nie wrzaśnie: "O rzesz ty w mordę, to ty przejścia dla pieszych nie masz?!" Przytaczam to w łagodnej wersji, pomijając zdolności językowe mojego przyjaciela. (śmiech) Myślę, że ta pani zapamięta sobie do końca życia, jak Leonowi Niemczykowi prawie wpadła pod samochód. Ludzie chodzą niestety jak gęsi po jezdni!
AZ: Kierowcy również często nie uważają na pieszych.
RO: Nie Leon. On bardzo dobrze jeździł samochodem. Był mu potrzebny do ciągłych podróży na trasie Łódź-Warszawa-Berlin-Praga. Kochał szybkie i wygodne auta. Woził w nich drugi dom. Kiedy pracował w Niemczech, kupił sobie specjalną walizeczkę, w której było wszystko: noże, widelce, talerze, różne chlebaki, pojemniki na jedzenie. Miał to zawsze pod ręką i niczego Mu nie brakowało. Kiedy w czasach PRL-u polskie sklepy świeciły pustkami, kupował jedzenie np. w Berlinie, miał zawsze w kilku termosach gorącą herbatę. Pasażerów częstował kanapkami z wędliną. Choć czasy były ciężkie, potrafił o siebie zadbać. Nigdy nie pozwalał mi brać z sobą kanapek. Twierdził zawsze, że jedzenia wystarczy na całą dziesięcioosobową rodzinę. Dlatego lubiłem z nim podróżować. (śmiech) Gdy tylko miałem wolną chwilę, jeździłem z Leonem na różne festiwale i spotkania. Znalazł we mnie znakomitego słuchacza i kompana podróży.
AZ: Lubił rozmawiać?
RO: W samochodzie jak najbardziej. Zawsze mieliśmy wiele tematów: o kolegach, koleżankach, o tym, co aktualnie robimy. Zdarzało się, że i ja prowadziłem samochód. Pewnego razu na trasie Koszalin-Nowogard jechaliśmy trochę za szybko i złapała nas drogówka. Dokumenty, dowód rejestracyjny, tysiąc pytań "do". Leon i Jan Nowicki, który jechał wtedy z nami, wysiedli na papierosa. Gdy policjanci ich spostrzegli, od razu zmienili ton. Zamiast mandatu dostałem porządne pouczenie, bo "gdzie się tak śpieszę, skoro wiozę tak znakomitych aktorów?! Powinienem uważać!"
AZ: Jak się poznaliście?
RO: Pracowałem wtedy w Teatrze Powszechnym w Łodzi na stanowisku kierownika. Leon zorientował się, że przez moją skromną osobę może załatwić ważną sprawę. Pewnego razu przyszedł do mnie i zapytał, czy wpuszczę Go do teatralnego warsztatu. Chciał, aby koledzy sprawdzili Mu samochód, bo jechał nim do Berlina. Jedno piwko, później drugie, wzajemne odwiedziny. W końcu dzięki Leonowi dostałem się na plan filmowy, bo doszedł do wniosku, że marnuję się w teatrze. Zostałem kierownikiem produkcji. Tak się zakumplowaliśmy. Nasza przyjaźń trwała 27 lat.
AZ: Jaka była?
RO: Jak stare, dobre małżeństwo. Kłóciliśmy się, a później godziliśmy. Bywało różnie, ale bardzo dobrze wspominam Leona. Brakuje Go, ponieważ nie ma z kim pogadać i analizować pracy na planie. Potrafiliśmy dyskutować nawet całą noc. Czasami już świtało, a moja żona narzekała zawsze, że zamiast wyspać się do pracy, my siedzimy.
AZ: Jak często się spotykaliście?
RO: Czasami nie widzieliśmy się nawet pół roku. Ja wyjeżdżałem do pracy, Leon też wiele podróżował. Jednak kiedy tylko wracaliśmy do Łodzi, obowiązkowo musieliśmy się spotkać i pogadać. Gdy urodziła mi się wnuczka, Leon jako pierwszy przyszedł z bukietem kwiatów. Nie wpuszczono Go niestety do szpitala, ale przyjechał do mnie i wypiliśmy "pępkówkę". Dwa dni siedzieliśmy w domu i świętowaliśmy.
AZ: Lubił imprezować?
RO: Jak powiedział mi kiedyś Janek Nowicki, te ilości alkoholu, które Leon wypił w życiu, byka by powaliły.
AZ: Koledzy Pana Leona z ekipy serialu "Ranczo" opowiadali, że potrafił bawić się przez całą noc, a rano spokojnie pójść na plan zdjęciowy.
RO: To są już chyba tylko opowieści, bo Leon w ostatnich latach swojego życia był mocny tylko wtedy, gdy nie pił. Choć bez przerwy wyglądał jak pijany. W końcu grał menela z ławeczki w Wilkowyjach. (śmiech) Ale tak poważnie, gdyby przyjmował wszystkie drinki, które Mu oferowano, nie dożyłby chyba swoich 82 lat.
Kamil Cioma: Czy pamięta Pan jakieś zdarzenie związane z Leonem Niemczykiem, które szczególnie utkwiło w pamięci?
RO: No właśnie jedno, które wiąże się z alkoholem. (śmiech) Pewnego razu w Sopocie po zdjęciach poszliśmy na kolację do restauracji. Podszedł do nas kelner z szampanem i czterema kieliszkami. Zdziwiliśmy się: "Jak to?! Dopiero co przyszliśmy i od razu nam szampana stawiają?" Okazało się, że jakieś dwie miłe panie z sąsiedniego stolika chciały wypić z nami po lampce. Leon jednak nie lubił darowizn. Pobiegłem do hotelu po Jego portfel. Gdy wróciłem, stanąłem za krzesłem aktora i podałem Mu pieniądze. Byłem wtedy ubrany w jasną marynarkę i spodnie, miałem czarny golf i ciemne okulary, dlatego wyglądałem jak ochroniarz. Gdy Leon zapłacił za szampana, zamknął portfel i rzucił nim za siebie. Złapałem go i wsadziłem do kieszeni. Na co Leon do zdziwionych pań: "Obstawa!". (śmiech)
AZ: Co Pan w Nim cenił?
RO: Prawość. Nie obchodziły Go żadne przekręty. Był uczciwy i szedł zawsze prostą drogą. Z pewnością dlatego bardzo wiele na tym tracił, bo wszystkie żony puszczały Go z torbami. Był wesoły i skory do żartów. A jak już się spotkał ze ś.p. Gustawem Houlbkiem i razem opowiadali dowcipy, cała ekipa po prostu kładła się ze śmiechu. Był wspaniałym kumplem. Mogłem na niego liczyć przez 27 lat naszej znajomości. Bywało i tak, że pokłóciliśmy się poważnie. Nawet przez trzy lata nie odzywaliśmy się do siebie. Jednak za każdym razem dochodziło do zgody. To była siła wyższa, bo często pracowaliśmy razem.
AZ: Trzeba umieć się dogadać.
RO: Lubił ze mną współpracować, bo wiedział, że dbam o aktorów i zawsze staram się, by niczego im nie brakowało.
AZ: W jakim sensie?
RO: Każdy aktor, przynajmniej pierwszoplanowy, powinien dostać własną garderobę i krzesło ze swoim nazwiskiem. Takie zasady obowiązują na całym świecie, tylko nie w Polsce! Poza tym Leon nie miał dobrego agenta, który zadbałby o Jego karierę. Wielka szkoda, bo przecież był gwiazdą.
AZ: Znaną nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.
RO: Grywał nie tylko w polskich produkcjach. Ma na swoim koncie kino niemieckie, bułgarskie, czeskie, francuskie, a nawet radzieckie. Powtarzał zawsze: "aktor jest od grania, jak du** od srania". W związku z powyższym grał, bo aktorstwo było jego zawodem. Gdy w 1979 roku odszedł z teatru, został aktorem filmowym. Żył z pracy przed kamerą i tylko w taki sposób zarabiał pieniądze. Poza tym unikał zbytniego rozgłosu. Nie chodził na bankiety ani rauty. Uważał, że są targowiskiem próżności. Mawiał, że poważny aktor nie bawi się w takie rzeczy. Wystarczy jak gra i z tego ma profity. Leon był po prostu zawodowcem.
KC: Czy jest jakaś rola, którą Pan Leon szczególnie wspominał?
RO: Lubił mądre, głębokie role takie, jak Dziewiątka w "Bazie ludzi umarłych".
AZ: W jednym z wywiadów powiedział, że wielu młodych aktorów już po dziesięciu odcinkach uważa siebie samych za wielkie gwiazdy. W przeciwieństwie do nich Pan Leon nie wybrzydzał w propozycjach. Mówi się nawet, że był królem epizodów.
RO: Czasem trudniej pokazać mały epizodzik niż wystąpić w roli głównego bohatera. Zostać zapamiętanym w małej rólce, to jest dopiero sztuka godna najlepszego aktora.
AZ: Dlatego Pan Leon wolał epizody i role drugoplanowe?
RO: Nie wszystkie jednak przyjmował. Gdy widział, że materiał jest dobry, zgadzał się wystąpić w filmie. Ale zanim to zrobił, musiał się poważnie zastanowić. Nie każdy epizod można przecież zagrać tak, żeby widzowie zapamiętali daną postać. Leon robił to znakomicie.
AZ: Nie otrzymał jednak zbyt wielu nagród?
RO: Zabrakło tych "nominowanych": lwów, psów, kotów i Bóg wie, czego jeszcze. Dostał jednak krzyż zasługi i Złote Spinki na Telekamerach za całokształt swojej pracy aktorskiej. Był nagradzany również za granicą. Przecież w Niemczech Go kochali!
AZ: Kim był prywatnie?
RO: Dobrym człowiekiem. Pomagał innym i miał hojne serce. Nie znosił tylko ludzi nachalnych, szczególnie takich, którzy chcieli dostać od Niego na wódkę. Lubił ciszę i spokój. Zawsze pragnął mieć normalną rodzinę. Jednak samotność doskwierała Mu przez długi czas. Gdy przyjeżdżaliśmy z pleneru, wracałem do mojej żony, a Leon wpadał do swojego pustego domu, gdzie zawsze było cicho i głucho. Mówił do mnie często: "Chodź, zrobimy coś do jedzenia, wypijemy po kielichu, bo zwariuję!" Było mi Go żal. Ani jedna żona, nie chciała zająć się Jego domem. Nie miał szczęścia w miłości. Dopiero wspomniana już Iwonka, którą poznał w 2001 roku, ustabilizowała trochę życie Leona.
AZ: Czyli nie tylko plan filmowy liczył się dla Niego?
RO: Codzienne życie również było bardzo ważne. Chodził po sklepach. Po chleb jeździł do Łagiewnik, bo tam był dobry. Kiełbasę kupował też gdzieś 20 km od domu, ponieważ tylko ona Mu smakowała. Sam sobie gotował, sprzątał. Lubił łazić po ryneczkach, kupować różne, nikomu do niczego niepotrzebne drobiazgi. W domu miał wiele dziwnych i fajnych rzeczy, które swego czasu przywoził z Niemiec.
AZ: Ale powtarzał, że chciał umrzeć na planie.
RO: Marzył o tym. Miałem skremować jego zwłoki, a prochy wsypać w morskie fale. Mówił, że jako rybka wróci rzeką do Łodzi. Ale tak się nie stało. Leon Niemczyk ma bardzo ładny grób. Odwiedzam go, jak tylko jestem w mieście. Zapalam znicze i wspominam.
AZ: Bał się śmierci czy był do niej przygotowany?
RO: Każdy jej się boi, ale Leon przyzwyczaił się do tego, że Jego domem był Suchalin, a lekarze dawali Mu dwa lata życia. Ostatni raz spotkaliśmy się w Warszawie. Naburmuszony powiedział do mnie: "Nawet nie wiesz, że byłem na operacji". Pokazał mi swoje blizny. Zobaczyłem wtedy, jak bardzo wyniszczyła Go choroba. Był wychudzony, nie miał jednego płuca. Tuż przed Jego śmiercią rozmawialiśmy przez telefon. Zapytał mnie wtedy, czy pojadę z Nim do Wrocławia, ale ja byłem zajęty. Umówiliśmy się, że jeszcze skontaktuje się ze mną w tej sprawie. Czekałem, Leon niestety nie zadzwonił. Nie był już w stanie tego zrobić. Na szczęście nie był sam w momencie śmierci. Czuwała Iwonka, dobra dusza, ostatnia wybranka serca. Opiekowała się Leonem i została przy Nim do końca. Tylko ona.
AZ: Pozostało wspomnienie i smutek po tak wspaniałym aktorze, jakim był Leon Niemczyk. Czego najbardziej brakuje Panu po Jego śmierci?
RO: Kontaktu z Nim. Nagle coś się urywa, nie ma do kogo zadzwonić, pogadać, odwiedzić.
AZ: Na cześć aktora powstała Niemczykomania, festiwal poświęcony Jego osobie.
RO: Miał na niej być, słabiutki, chorutki, ale jednak. Nie doczekał. Odbyła się tuż po Jego śmierci. Przyszli przyjaciele, koledzy, aktorzy. Były wspomnienia. Widzowie obejrzeli Jego ostatni teatr telewizji pt. "Po sezonie". Rok później odbyła się druga Niemczykomania. Ale temat przycichł. To już nie było to samo. Planowana jest trzecia impreza. Czas pokaże, co z tego wyjdzie.
Rozmawiała Anna Zielonka
(za pomoc w przygotowaniu wywiadu dziękuję Kamilowi Ciomie, mojemu Narzeczonemu)






Nowości










