


Wieś radosna. Wieś wesoła. Wieś jak z "Rancza"
Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. – pisał wielki pisarz czeski Jaroslav Hasek. Dziś to samo można usłyszeć na polskiej wsi. Gdzie? Pod sklepem. Zupełnie takim jak ten z popularnego telewizyjnego serialu. Tam rzeczywistość przegania literacką fantazję.
Humniska na Podkarpaciu. Coś pomiędzy knajpą, a ławką pod sklepem, fot. Tomasz Borejza/Onet.pl
U nas jest wesoło. Dokładnie tak, jak na "Ranczu" – powiedział Tomasz, z którym rozmawiałem pod sklepem w Humniskach na Podkarpaciu. Choć słowo sklep nie do końca oddaje charakter miejsca, w którym przyszło nam się spotkać. To raczej coś pomiędzy ławką a lokalem. Już nie ławka, ale jeszcze nie knajpa. Ważne, że jest dach i miejsce do siedzenia. No i piwo oczywiście też jest. I znajomi. Właśnie tak, jak w serialowych Wilkowyjach, które podbiły serca milionów widzów.
Serial przyciąga przed telewizory nawet 9 mln osób. Dlaczego? Bo 'Ranczo" to podkoloryzowana Polska powiatowa. Bardziej pozytywna, kolorowa, bez problemów. Ale jednak jakoś prawdziwa. Łatwo tam odnaleźć świat, w którym się żyje. Wojna wójta z proboszczem? Zdarza się. Inteligent szukający w Polsce "B" spokoju? Też się zdarza. Panowie, których życie toczy się pod miejscowym sklepem? Są obowiązkowym elementem krajobrazu, w każdej miejscowości na wschodzie kraju. No dobrze. Na zachodzie też.
Chcąc sprawdzić ile w rzeczywistości jest Polski w "Ranczu" wybrałem się na Podkarpacie. Zatrzymałem się w Humniskach, które są sporą wsią leżącą między Brzozowem a Sanokiem. Dużą i całkiem zwyczajną. Prawie pięć tysięcy mieszkańców. Dwie parafie. Sporo osób pracujących za granicą. Tak samo jak we wsiach obok. Tak samo, jak w całej Polsce.
Oczywiście nie była to pierwsza wycieczka "tam". Jednak pierwsza "taka", bo trochę czasu spędziłem pod sklepem, gdzie sprawdzałem o czym dziś mówią ludzie, którzy się tam spotykają. Czym dziś żyje Polska poza Warszawą i dużymi miastami? Ciekawych historii było sporo, jednak okazało się, że ważniejsze od tego co ludzie mówią jest to, czego nie mówią.
O głupotach nie gadamy
Jakoś tak przed południem, w weekend, przyszedłem pod sklep. Siadłem. Chciałem posłuchać. I posłuchałem. - A słyszeliście jak żona Jacka kupowała Żytnią na wesele? - zapytał jeden z Panów. Pytanie było retoryczne, bo nie czekając na odpowiedź przeszedł do opowiadania. Ona to kupowała i chowała na strychu. Gdzie popadło. W gumofilcach. W różnych rzeczach. Ale Jacka suszyło. Znalazł. Podpijał, podpijał, a jak się kończyło to nalewał wody i chował z powrotem. Przyszła zima. Woda zamarzła. Butelki pękły. Wydało się. Chłop chcąc wybrnąć udawał zdziwionego. Nie przeszło. Żona była za mądra. - Ale mu się wtedy oberwało – skończył.
Lokalnych historii mnóstwo. Co? Kto? Z kim? Dlaczego? Niedawno był wypadek, teraz ktoś dostał wyrok. Gdzieś indziej ktoś miał dość. O robocie coś. Żarty, ironia i znowu żarty. Pozytywnie. Wesoło. Śmiesznie. Jak na "Ranczu". No i piwo dobre. Nie "chrzczone", bo z butelki. Tanie, więc można się napić więcej. Po kilku humor się wyostrza. Żarty stają się coraz lepsze.
W ogóle sympatycznie, miło. Rozmowa o glukozie, która pomaga, jak człowiek za dużo tego piwa wypije. O sieci komórkowej, która oferowała mercedesa, a później ściągała pieniądze bez uprzedzenia. I znowu żarty. I tak cały czas. Ludzie fajni, normalni. Panowie w średnim wieku. Kilku starszych. Jacyś ciut młodsi. Żadne pijaki. W każdym razie nie wszyscy. Siedzą pod sklepem, bo co mają robić. Robota raz jest. Innym razem nie ma. W knajpie za drogo, a czas trzeba zająć zawsze. Tak już jest.
- Panowie a polityka? O polityce nie mówicie? - pytam wiedząc, że to ulubiony temat Polaków. - Eee, o głupotach nie gadamy. Po co? - odpowiada ktoś pytaniem na pytanie. - Ale, że nic? - dociekam. - No nic. My od polityki z daleka – mówią panowie. A później jeden z nich tłumaczy. Pokłócić się łatwo. A co z tego przychodzi? Uraza jest, a nic nie zmienia. No i nic się nie zmienia.
A tam nie zmienia. Mi ostatnio rentę podnieśli – mówi ktoś z uśmiechem na twarzy. - To chyba dobrze. O ile? - pytam. O 30 zł. Teraz to już sporo ponad... 700. Drugi mówi, że ma lepiej. Bierze już ponad 800. Gdzieś zahaczyliśmy o KRUS. Dokładnie o chorobowe z KRUS. - Dostajesz 7 zł na dzień. I to dopiero, jak przechorujesz całe 30 dni – powiedział jeden z nich. Zły? A skąd. Raczej rozbawiony. Tak już jest. I już. Można się z tego śmiać albo płakać. A to pierwsze jest zdecydowanie lepsze. Na pewno zdrowsze.
No dobra. Polityka polityką. A kraj jak? Jak to ta Polska wygląda z tego "Rancza"? Dobrze jest? Różowo? Tak jak w telewizji mówią? Czy niedobrze? - Panie. Stąd to nie widać nic, bo widzi Pan drzewa zasłaniają. I budka też zasłania. To my nie wiemy. Ale wiedzą, jak jest u nich. A różowo to nie jest. Jak może być. Pracy nie ma. Wyżyć trudno. - To nie jest nawet Polska B, to jest Polska C – powiedział Wojtek.
Ano właśnie, a jak tu jest z tą robotą? Jest co robić? - pytam. Jak to, jak? Jak nas tu teraz siedmiu siedzi, to jeden pracuje. Tak tylko od przypadku do przypadku. Na stałe prace to ciężko dostać. Ktoś potrzebuje pomocy, to się idzie i robi. A jak nie potrzebuje to co zrobisz? - Ty ostatnio pracowałeś? Dalej masz tę robotę – pytają później "nowego", który przyszedł na piwo. - A gdzie, to na miesiąc było. Już nie ma – odpowiada, jakby na potwierdzenie wcześniejszych słów.
Zarobić też nie idzie. 1500 zł jak weźmiesz na rękę teraz, to nie jest źle – słyszę. A jak masz rodzinę? Co za to zrobisz? Wieś obok jest praca. Nawet niezła. Coś płacą. Ciężka, bo w szklarni. Na pomidorach. Ale co z tego. Żeby ją dostać trzeba mieć albo rentę, albo opłacony KRUS.
Tylko skoro jest tak źle, to czemu jest tak dobrze? Tak samo, jak wielu innych miejscowościach w kraju, tak i w Humniskach stoi pełno nowych, pięknych domów. To kto je buduje? - pytam. - No na pewno nie Ci, co tutaj pracują. Ludzie, którzy zarabiają za granicą je stawiają. - słyszę. Czyli tak, jak w całej Polsce.
Plus z tego taki, że miejscowi przy okazji mają trochę pracy. Minus, że po powrocie dalej trzeba będzie jeździć "na zarobek", a wtedy z domem trzeba coś zrobić. - Jeden dom, co ostatnio postawili to sprzedali, bo w Szwajcarii zostają – słyszę. - No dobra. Ale kto go kupił? - A taka babka, co pracuje we Włoszech.
Koniec poważnych tematów. Wracają lokalne historie. Wracają też żarty. Przecież wciąż nie jest tak źle, żeby się nie śmiać. W końcu jeszcze nigdy tak nie było żeby jakoś nie było. Jak u Szwejka. Jak w "Ranczu". I właśnie śmiech ratuje przed płaczem. Zamiast marudzić lepiej zaśmiać rzeczywistość. Zażartować z niej. Jak nic nie ma, to chociaż są znajomi. A skoro świat jest jak u Haska to nietrudno o ironię i poczucie humoru. I o dystans do siebie. Do życia w ogóle. W każdym razie więcej tam tego wszystkiego niż można by się spodziewać. Dzięki temu jest wesoło. No i żyć się da.
43 proc. Polaków bez pracy
Tak jest też w wielu innych miejscach w Polsce, bo Humniska w niczym nie są wyjątkowe. Dlaczego miałyby być? To przecież tylko jedna z tysięcy miejscowości, gdzie życie wygląda podobnie. - Byłem w Częstochowie. Tam gdzieś w okolicy przejeżdżam. Patrzę. Sklep. Pod nim ławka. I siedzą chłopy. Też jak na "Ranczu" – podsumował Wojtek.
- Dziś na wsi są dwie najważniejsze przestrzenie społeczne: ławka pod sklepem i przystanek. Tam toczy się życie społeczne. To ważne miejsce spotkań. Wymiany informacji. Często można tam też załatwić sprawy, nawet dostać pracę - mówi dr Piotr Nowak, socjolog z Uniwerystetu Jagiellońskiego, który zajmuje się problemami wsi.
To jasna strona medalu. Jest i ciemna. Bo to nie jest tak, że ludzie się śmieją, bo im dobrze. Ludzie się śmieją, bo tylko to im zostało. 700 zł renty. 800 emerytury. "Kuroniówka" na pół roku, rok. Dla niektórych - nic. Czasem jakaś robota. Czasem jej nie ma. Zdarza się wyjazd za granicę. "Na zarobek". Poczucie bezpieczeństwa, plany? Nie da się. Nie wiadomo co będzie. Nawet jak jest praca, to na ogół pensja jest za mała, by coś odłożyć. Są oczywiście i szczęściarze. Stała praca, dobra emerytura. Jednak nie ma ich zbyt wielu.
Można powiedzieć, że to lenie i pijaki. Że im się po prostu nie chce. Tylko czy na pewno? Zatrudnienie – nie mylić z bezrobociem – wynosi w Polsce 59,4 proc. To oznacza, że ponad 40 proc. dorosłych Polaków nie pracuje, a przynajmniej nie pracuje stale. Wprawdzie w kilku europejskich krajach - np. na Węgrzech, Słowacji, we Włoszech i Hiszpanii - jest gorzej, ale już w takich np. sąsiednich Czechach ten wskaźnik wynosi 65 proc. Są i takie, gdzie przekracza 70. Na terenach, gdzie nie ma lub prawie nie ma rolnictwa ciężko o jakiekolwiek zajęcie. Tam, gdzie rolnictwo jest - podobnie jak w mieście - przekleństwem jest prekariat. Umowy czasowe, śmieciowe lub ich brak.
Wszyscy ci ludzie nie chcą pracować? Chyba jednak nie wszyscy. Jeżeli tylko mają możliwości to pakują manatki i zasuwają – za wcale nie takie wielkie pieniądze – w Anglii, Niemczech, czy Włoszech. Zresztą i na "Ranczu" wszyscy pracują. Wszyscy, którzy mają gdzie. Nawet jeżeli to tylko jeden dzień. Jedna dniówka.
Ciekawe jest jeszcze jedno. To, że na "Ranczu" można znaleźć odpowiedź dlaczego frekwencja wyborcza jest śmiesznie niska. - Nie widzi się przekładalności swoich działań na rzeczywistość. To funkcjonuje najwyżej na poziomie gminy, wyżej już nie - mówi Nowak. Do tego nawet jeżeli dzieje się coś ważnego, to nie jest łatwo się o tym dowiedzieć. - Trudno znaleźć informację o interesujących rzeczach. Na przykład zajmuję się teraz programem LEADER. W jego ramach jest do zagospodarowania ponad 1,3 mld euro na rozwój wsi. Na dotykalne sprawy. Takie, które ludzi interesują. Jednak polityków na poziomie ogólnopolskim to niespecjalnie obchodzi. Media też o tym milczą, więc ludzie nie mają się skąd o tym dowiedzieć - dodaje.
Ludzie nie głosują, bo nie wierzą, że to zmieni ich sytuację. Ich działania tyle razy nic nie zmieniły, to dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Nie wierzą już tak mocno, że nawet – a to przecież u rozpolitykowanych Polaków dziwne – nie chcą o tym gadać. Wiedzą, że to jałowe debaty bez przełożenia na rzeczywistość. "Agenda dnia" ze Smoleńskiem, złymi oczami premiera, urokiem posłanki Muchy lub czerwoną marynarką Marzeny Wróbel, ich po prostu nie obchodzi. A nie obchodzi, bo nie dotyczy. Zresztą, czy w ogóle kogoś dotyczy?
Tomasz Borejza
źródło


Przesadzony, nieprawdziwy – mówią wójtowie o serialu „Ranczo”
Pogodny serial o fikcyjnej gminie Wilkowyje w serialu „Ranczo" oprócz warstwy obyczajowej, stosunków międzyludzkich, pokazuje też pracę samorządu. Trochę w krzywym zwierciadle, z przymrużeniem oka, ale tak sobie ją Polacy mniej więcej wyobrażają.
W skrócie mówiąc, wygląda to tak: poprzedni wójt zajmował się głównie spiskowaniem i dbaniem o własną kieszeń, troska o dobro mieszkańców nieszczególnie go interesowała. Ten chory układ zerwała dopiero przybyszka z zewnątrz – reemigrantka z USA Lucy.
Sami samorządowcy zupełnie jednak nie identyfikują się z takim obrazem. – Serial w żadnym stopniu nie pokazuje niczego z naszej pracy – podkreśla Eugeniusz Cudecki, sekretarz gminy Mała Wisznia.
– U nas tak nie ma i nie było, niedopuszczalne jest, by przetargi wygrywał jeden przedsiębiorca w zamian za udziały w zyskach dla wójta – oponuje Ewa Rożniata, sekretarz gminy Dmosin. I taką opinię zgodnie powtarzają wszyscy samorządowcy. Bo jakże inaczej zresztą mieliby mówić... – Może tak jest w innych, gdzieś w Polsce, u nas absolutnie nie – dodają.
– Zresztą świat serialowego wójta Lucy też jest taki wyidealizowany – zauważa Waldemar Rachubiński, sekretarz gminy Pacyna. – W życiu jest tak, że w zderzeniu z prawdziwymi problemami trzeba sięgać po różne rozwiązania, nie wszystko jest możliwe do zrobienia w oparciu o istniejące ramy prawne. Konieczne są znajomości, kuluarowe rozmowy, wydeptywanie ścieżek na wyższych szczeblach władzy – zauważa wójt małej miejscowości na Mazowszu.
– Przejaskrawiony, nieprawdziwy, przezabawny, wydumany... – takich przede wszystkim określeń używają więc samorządowcy w odniesieniu do niektórych aspektów życia w Wilkowyjach. Ale w każdej bajce znajdzie się ziarnko prawdy. Zwykle tej miłej prawdy... – Trochę tak jak w filmie jest z funduszami unijnymi. My, tak jak pani wójt, wykorzystujemy praktycznie każdą szansę, jaką daje UE – podkreśla Tadeusz Pitala, wójt gminy Siepraw. – Dwoimy się i troimy, ale pozyskaliśmy pieniądze i na wodociągi, i na ośrodek kultury, i na aktywizację bezrobotnych, i jeszcze inne. No może na dentystów nic nie dostaliśmy.
Dobrze pokazany jest za to w „Ranczo" swoisty brak aktywności społeczności lokalnej. Oprócz pojedynczych aktywistów, którzy co prawda mogą wywrócić ustalony porządek do góry nogami, większości mieszkańców nie zależy. Są albo zbyt zajęci, albo zupełnie obojętni na sprawy samorządu. – To chyba efekt zaszłości. Przed 1900 r. nie było samorządności, potem jakoś ludzie nabrali przeświadczenia, że wszystko im się należy. Dopiero od kilku lat rośnie świadomość, że mieszkańcy też mogą zadbać o miejsce, w którym żyją – analizuje Henryk Gołębiowski, sekretarz powiatu chełmskiego. – Ale jest coraz lepiej podkreśla.

W Pierzchnicy jak w "Ranczo". Wójt się o każdym dowie
Historia jak z filmowych Wilkowyj. Na kilka dni przed referendum w sprawie odwołania wójta Pierzchnicy jego zwolennicy straszą na łamach gazety jeszcze niedawno finansowanej z budżetu gminy, że wójt będzie wiedział, kto pójdzie głosować. - Czujemy się zastraszani, bo chcemy obronić szkołę przed likwidacją - mówi opozycja.
Fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta
29 lutego 2012, wójt Pierzchnicy Stanisław Strąk podpisuje akces do Kieleckiego Obszaru Metropolitalnego
"Gazeta Pierzchnicka" ma 16 stron i kolorową okładkę. Jest bezpłatna, a ostatni, marcowy numer dostarczano mieszkańcom do domów w sobotę. Dominują w nim teksty związane z planowanym na niedzielę referendum w sprawie odwołania wójta Stanisława Strąka i rady gminy. Zorganizowali je mieszkańcy, którzy nie zgadzają się m.in. na likwidację szkoły w Drugni.
Z pisma można się dowiedzieć m.in., że wójt Strąk wygrał proces wyborczy wytoczony po publikacji nieprawdziwych informacji w opozycyjnym "Informatorze Referendalnym" oraz że sołtysi muszą zbierać podatki na koszty referendum, bo "za kaprys grupy osób z Drugni musi zapłacić cała gmina". W innym miejscu wójt sam komentuje i prostuje teksty, które ukazały się w "Informatorze Referendalnym". Przeczytać można również duży wywiad z nim pt. "Ogromna ilość kłamstw mnie zaskoczyła".
Najbardziej kontrowersyjny jest jednak tekst "Nie idziemy na referendum" podpisany przez Społeczny Komitet Obrony Wójta Stanisława Strąka. Opisano w nim nieudane referendum w sprawie odwołania wójta Tarłowa. Wzięło w nim udział tylko 15 proc. wyborców. "W ten sposób Wójt pozostał na stanowisku, a przy okazji poznał, kto jest jego zdeklarowanym przeciwnikiem, bo na referendum poszli praktycznie tylko ci, którzy chcieli go odwołać, a listy wyborców trafiły potem do urzędu gminy" - ostrzega komitet. Podpisał się on także pod ulotką dołączoną do "Gazety Pierzchnickiej". Podkreślono w niej, że "każdy, kto pójdzie na referendum, będzie przeciwko Wójtowi".
- Ja rozumiem agitację, ale tym razem w mało zawoalowany sposób jesteśmy straszeni. To nie jest uczciwe, skoro zebraliśmy dostateczną liczbę podpisów, żeby zorganizować referendum. To chyba naruszenie prawa jest - mówi oburzony Stanisław Kwapisz, pełnomocnik komitetu referendalnego.
Nie udało się nam ustalić, kto tworzy Społeczny Komitet Obrony Wójta Stanisława Strąka. - Nie jestem upoważniony, żeby o tym mówić - twierdzi wójt. Autora tekstu nie zdradza też Jolanta Perlak, redaktor naczelny "Gazety Pierzchnickiej". - Nie musi się podpisać nazwiskiem, jeżeli sobie tego nie życzy. A tu jedna osoba się nie zgodziła - tłumaczy Perlak. Gróźb zawartych w tekście nie chce komentować. - Moim zadaniem jako osoby redagującej jest zebranie wszystkich artykułów dostarczanych przez chętnych autorów. Czy się z tym zgadzam, to nie powinno mieć znaczenia - odpowiada.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że "Gazeta Pierzchnicka", której oficjalnym wydawcą jest Towarzystwo Przyjaciół Pierzchnicy, jeszcze do niedawna była współfinansowana przez urząd gminy. To się zmieniło dopiero 21 lutego, gdy wójt Strąk wydał zarządzenie o jego wstrzymaniu "na okres kampanii referendalnej". Finansowanie trwało co najmniej przez cały ubiegły rok. Perlak najpierw twierdziła, że czasopismo nie jest finansowane przez gminę, a potem przyznała, że gmina pokrywa koszty druku. W urzędzie gminy dowiedzieliśmy się, że w zeszłym roku wydano po 1,845 zł na każdy z czterech numerów. W tym roku ukazały się już dwa. - Ale ostatni nie był przez nas finansowany - podkreśla wójt.

Bardzo podobna do naszej Lucy, ale chyba ma bardziej pod górkę 






HotMoney.pl napisał(a):Spółdzielnie socjalne stały się w ostatnim czasie prawdziwym hitem. Jest ich w kraju coraz więcej, bo często to jedyna szansa na jakiekolwiek zatrudnienie. Taka forma aktywności zawodowej szczególnie dużym zainteresowaniem cieszy się na Podkarpaciu. Do wojewódzkiego Urzędu Pracy w Rzeszowie wpłynęło już ponad 60 wniosków - informuje Polskie Radio Rzeszów.


Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość