"Wilkowyje są jak najbardziej realne. Nie dlatego, że akcja serialu dzieje się w Jeruzalu, prawdziwej wiosce, którą można znaleźć na mapie. Ale przede wszystkim dlatego, że pokazują prawdę. Czasami dość przerysowaną, ale w żaden sposób nieskłamaną ani nieprzesadzoną. Pokazują naszą polską wieś!” – napisała pani Anna z województwa śląskiego w odpowiedzi na konkurs literacki „Wilkowyje: prawda o wsi czy fikcja?”. Konkurs ogłosiły Gminna Biblioteka Publiczna w Mrozach i Starostwo Powiatowe w Mińsku Mazowieckim, bo to w tym właśnie powiecie leży Jeruzal, w którym kręcono zdjęcia do serialu „Ranczo” i fabuły „Ranczo Wilkowyje”, którą od 26 grudnia można oglądać w kinach.
Film w zdumiewający sposób zaktywizował bierną zazwyczaj telewizyjną widownię. Bardzo szybko zawiązał się internetowy fanklub. „Nie wiem, czy Pani wie, że już były dwa ogólnopolskie zloty fanów serialu. Pierwsze w Mrozach, drugie w Jeruzalu (niedawno), w trakcie były regionalne. Były dwa festyny »Aktorzy ratują kościół w Jeruzalu«, przyjechali ludzie z calej Polski” – informuje mnie w e-mailu pani Danuta Grzegorczyk z Mrozów, pomysłodawczyni konkursu, entuzjastka filmu tak zagorzała, że wydała nawet „trzy rodzaje widokówek (po tysiąc sztuk), aby ludzie odwiedzający Jeruzal mieli pamiątkę”.
To właśnie telewidzowie tacy jak ona wymusili petycjami powstanie drugiej serii „Rancza” (trzecia już w realizacji). Zaskakujące powodzenie serialu oglądanego nawet przez siedmiomilionową widownię sprawiło, że postanowiono przenieść historię Amerykanki, która odziedziczyła dworek na podlaskiej wsi, z małego na duży ekran. Niektórzy uznają, że z sukcesem, bo fabuła sprawia wrażenie kolejnego, tyle że dłuższego odcinka. Pojawiają się nawet porównania do „Samych swoich” odrzucane jednak stanowczo przez scenarzystę tej komedii Andrzeja Mularczyka, który w rozmowie z miesięcznikiem „Film” oskarżył twórców „Rancza” o schematyzm, cynizm i serwowanie widowni „niewypieczonego placka”. Ale żadne autorytety nie pohamują miłości, jaką miliony darzą wypiek Adamczyka.
Co kryje się za tym telewizyjnym fenomenem (czy będzie to fenomen kinowy, dopiero się okaże)? Czy jego twórcy faktycznie genialnie opisali prawdę o prowincji „nieskłamaną ani nieprzesadzoną”? Czy może umiejętnie korzystając z mitów, stereotypów, fantazji i pobożnych życzeń, ulepili Polskę marzeń?
Dziki Wschód
Wilkowyje leżą na Podlasiu. To z jednej strony pogardzana i wyśmiewana Polska B, gdzie wrony zawracają, a ludzie zaciągają, a z drugiej – ostoja tradycji, i to tych najlepszych, odziedziczonych po mitycznych Kresach. Ze Wschodu pochodzili Kargul i Pawlak, którzy swoje kresowe obyczaje próbowali zaprowadzić na Ziemiach Odzyskanych. Na podlaskiej wsi dzieje się akcja innej uwielbianej przez widzów komedii, czyli „U Pana Boga za piecem” Jacka Bromskiego, nie mówiąc już o „Konopielce” Witolda Leszczyńskiego. Na Wschodzie jest i śmiesznie, i nostalgicznie, i prymitywnie, i zgodnie z najświętszą tradycją. Tu jest wszystko, czego się wstydzimy, i wszystko, za czym tęsknimy. „Ranczo” doskonale wpisuje się w ów model Wschodu, z jednej strony dzikiego, z drugiej niezepsutego, gdzie społeczność wciąż jest zhierarchizowana niczym w XIX‑wiecznych powieściach. W Wilkowyjach mamy więc pijaczków, którzy przesiadują całymi dniami pod sklepem, niczym grecki chór komentując i wygłaszając ludowe mądrości (słynne „Szło, szło, aż doszło do tego, że dalej nie idzie” Japycza). Mamy wójta palącego „kubara cygańskie” i mawiającego: „Na co mi terrorystą być, skoro już jestem wójtem”. Jest i ksiądz, brat wójta (obu z werwą gra Cezary Żak), i to on oczywiście sprawuje we wsi realną i niekwestionowaną (również przez scenarzystów) władzę. Trochę poza, a trochę ponad wilkowyjską społecznością znajduje się Amerykanka polskiego pochodzenia Lucy – współczesna wersja panienki z dworku, która wnosi powiew nowoczesności i jednocześnie sama dostaje bezcenną lekcję tradycji.
I „Ranczo”, i „Ranczo Wilkowyje” nie odkrywają jednak Ameryki. Znajdziemy tu wszystkie chwyty obowiązujące w opowieści o polskiej prowincji: odwieczną waśń między wójtem a plebanem, czyli władzą świecką i duchowną; obcego, który zaburza lokalny porządek; bożych prostaczków z ich powiedzonkami, zrzędliwe baby plotkary; sielankowe widoczki natury; potępienie- dziwacznych- mód płynących z zewnątrz. Wszystkie- nowinki- testuje- na sobie córka wójta, która bywa anarchistką, buddystką, skinówą, wielbicielką feng shui, a w filmie fabularnym początkującą filozofką, która co prawda nie czytała „Końca historii”, ale czytała początek (puszczenie oka do bardziej wykształconej publiczności). Choć nie brakuje wątków „europejskich”, a w fabule pojawia się nawet gej, polska wieś pozostaje impregnowana na „bzdury” z Zachodu. A gej jest oczywiście przyjezdny.
Arkadia Mamrotem płynąca
Pani Karolina z województwa śląskiego nie ma wątpliwości: „Wilkowyje to polska »everywieś« – pisze w pracy konkursowej. – Perypetie mieszkańców wydają się bardziej niż znajome, a i oni sami są ludźmi z krwi i kości, którym nieobce nic, co ludzkie. Zwłaszcza słabości. Przede wszystkim one”. „Ranczo” to oczywiście nie „Arizona”, można nawet uznać, że ten film sytuuje się w opozycji do pamiętnego dokumentu Ewy Borzęckiej, która brutalnie pokazała degrengoladę postpegeerowskiej wsi. W filmie i serialu Wojciecha Adamczyka są pospolici pijaczkowie, jest bieda, są konflikty – wszystko jednak ujęte w ramy sympatycznej swojskości. „Do czego to doszło, że człowiek wątrobę ma i używać jej nie może” – martwi się Japycz o kolegę, któremu żona zabroniła pić. „Są ludzie, którzy twierdzą, że piwo jest napojem chłodzącym, ja aż tak bezczelny nie jestem” – tłumaczy Kusy psu. Gros dowcipów w filmie obraca się wokół picia, a szczególnie wokół ławeczki pod sklepem, na której przyssani do lokalnego Mamrota (oczywiście zdążył już zaistnieć w realu) filozofują sympatyczni pijaczkowie. Wójt ma w gabinecie literatki (i nie ma to nic wspólnego z literaturą, drogie dzieci) i nawet ksiądz musi sobie chlapnąć nalewkę. Jednak to, co mi się wydaje podszyte niebezpieczną akceptacją i wyrozumiałością, a co nadaje w świecie Wilkowyj ostateczny sznyt męs-kości (wszak Kusy, miłość Lucy, jest alkoholikiem, czytaj: człowiekiem wrażliwym i głębokim), fani serialu odczytują jako trafny komentarz do rzeczywistości.
Bo choć film opowiada fikcyjną historię, „to porusza prawdziwe problemy wsi – alkoholizm, bezrobocie, brak perspektyw, ale równocześnie daje nadzieję! Wystarczy jakaś iskra, jakiś impuls, a wszystko można zmienić” – przekonuje pani Bugusława z podkarpackiego.
Ciekawe, że taką wiarę w zmiany wyrażają kobiety, które i w serialu, i w filmie przedstawione są jako wścibskie, głupiutkie, z zasady bierne, funkcjonujące wyłącznie w tle. Tymczasem rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego – wszystkie nagrody w konkursie ogłoszonym przez panią Danutę zgarnęły panie (choć organizatorka podkreśla, że wśród fanów nie brakuje mężczyzn). To im się chciało usiąść i coś od siebie napisać. Sama pani Danuta e‑mailuje o tym, że wczoraj uczestniczyła w premierze „Rancza Wilkowyje”: „Było i dramatycznie, i śmiesznie, były i miłość, i intrygi, jak to w życiu bywa” – na gorąco dzieli się ze mną wrażeniami. W realu kobiety są energiczne, pełne pomysłów, mobilne, dużo bliżej im do Amerykanki niż serialowych rozplotkowanych bab. I znów prawda życia niewiele ma wspólnego z przywiązaną do chwytliwego stereotypu prawdą ekranu.
Jednak ostatecznej odpowiedzi na pytanie, czy „Ranczo” jest prawdą o polskiej wsi, czy fikcją, nie przynosi żadna z konkursowych prac, lecz post scriptum dopisane pod tekstem przez jedną z uczestniczek: „Uprzejmie proszę, aby moje dane osobowe szanowne jury do własnej wiadomości pozostawiło. Jestem cokolwiek przywiązana do głowy, a na skutek rozpoznania mnie przez władzę mogę zawisnąć. Nadmienię jedynie, że w kolejnych wyborach mam zamiar na stanowisko sołtysa kandydować, a tekst powyższy raczej mi w tym nie pomoże. Z po-ważaniem wierna miłośniczka serialu »Ranczo«”.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach