Anna Iberszer specjalnie dla Forum Ranczersów

Fot. annaiberszer.pl
Nie tak dawno zakończyła się emisja piątego sezonu „Rancza”. Wśród wielu nowych wątków i postaci pojawiła się też Ona – pełna uroku i temperamentu policjantka Francesca. Jak wspomina Pani swoją pracę na planie tego serialu?
To była naprawdę wspaniała przygoda – bo ciężko mówić o „pracy”, biorąc pod uwagę atmosferę panującą na planie. Jestem zauroczona ekipą, która w sposób przemiły i profesjonalny zajmowała się każdym elementem produkcji. Ranczo jest kręcone w sposób filmowy – sceny nagrywane są nie w studiach i halach filmowych tylko w plenerach i naturalnych warunkach. Każdą scenę wcześniej próbujemy, ulepszamy, wypieszczamy i dopiero tak przygotowany materiał zostaje nagrany. Oczywiście jest to proces skomplikowany i wymaga sporego zaangażowania wszystkich pionów filmowych, ale satysfakcja z tego typu pracy jest olbrzymia.
Spotkanie z reżyserem - panem Wojtkiem Adamczykiem, to miód na serce każdego artysty – jego inteligencja, fantastyczne poczucie humoru, urok osobisty i miłość do aktorów urzeka nas wszystkich, wzbudza zaufanie i sprawia, że jesteśmy gotowi pójść za nim w ogień.
Na planie pracowałam głównie z Jackiem Kawalcem, Kasią Żak, Arkiem Naderem, Mariuszem Ostrowskim, nie muszę wspominać, że są to świetni aktorzy, przy których można się wiele nauczyć. Ale to, co mnie ujęło najbardziej to fakt, że prywatnie są przemiłymi ludźmi. Często bywa, że nowy aktor na planie czuje się wyobcowany – wkracza w środowisko, w którym zarówno ekipa, jak i aktorzy doskonale się znają, tworzą pewnego rodzaju „rodzinę” i jest rzeczą naturalną, że osoba z zewnątrz ma problemy z asymilacją. Ja takiej obcości nie odczułam nawet przez chwilę. I myślę, że to jest właśnie wyznacznik, poziomu, kultury i otwartości „Ranczowej rodziny”.
Innym, niezwykle barwnym spotkaniem, było spotkanie z moją „Włoską Familią”. Najazd Włochów na Wilkowyje to było zdarzenie, którego ciężko zapomnieć – połowa aktorów była włoskiego pochodzenia, stąd też długie rozmowy na temat różnic w obyczajach, sposobie bycia, mówienia. Na czele całego towarzystwa stał dziadek - Giuseppe Privitera, który podczas ujęcia wygłosił długi monolog (własnego autorstwa!), na temat kary, która spotka kawalera, jeśli Francesce spadnie z głowy choć jeden włos – podczas monologu całej ekipie, z reżyserem włącznie otwierały się buzie ze zdziwienia i zachwytu, no i oczywiście przemówienie dziadka weszło w całości do odcinka. Pomiędzy ujęciami pan Giuseppe śpiewał nam wszystkim neapolitańskie pieśni o miłości.

Ekspresyjna, namiętna i zdecydowana - taka jest Francesca. Fot. tvp.pl
Czy podczas pracy nad rolą Francesci miała Pani możliwość "przemycenia" do tej postaci własnych pomysłów np. na jej osobowość lub sposób zachowania?
Moja babcia była rodowitą Włoszką – Wenecjanką, co - nie powiem – ułatwiło mi pracę nad rolą. Język włoski już znałam, a ucząc się polskich kwestii starałam się przypomnieć sobie akcent, z którym mówiła przez całe życie moja babcia. Oprócz tego oczywiście podpatrywałam Włochów, ich wyraziste gesty, charakterystyczny zaśpiew, kiedy miałam wątpliwości dzwoniłam do moich przyjaciół z Imoli i prosiłam, żeby mi przez telefon powiedzieli dana kwestię. Pamiętam, że kiedy miesiąc przed zdjęciami byłam u nich z wizytą usłyszałam z ich ust słynne „Tomeke” i wiedziałam, że Tomek musi zostać Tomekiem. Na to wszystko nałożył się obraz włoskiej policjantki wymyślony przez reżysera – ekspresyjnej, namiętnej, zdecydowanej – i tak powstała nasza Francesca.
Wiele wskazuje na to, że powstanie szósty sezon "Rancza". Nie wyobrażamy sobie tego, aby mogło w nim zabraknąć wątku Francesci i Tomka. Czy może nam Pani uchylić rąbka tajemnicy, jak dalej potoczą się losy tej pary?
Niestety niewiele mogę zdradzić, ale Francesca pozostanie przy Tomku i nie wyjadą oni do Calabrii, ale zostaną w Wilkowyjach.

Co ich czeka w Wilkowyjach? Fot. tvp.pl
Jest Pani absolwentką Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie na Wydziale Reżyserii Dźwięku. Czy mogłaby Pani w kilku słowach przybliżyć naszym czytelnikom na czym polega zawód reżysera dźwięku?
Reżyseria Dźwięku obejmuje dwa główne działy – Reżyserię dźwięku w filmie oraz nagrania muzyki poważnej i rozrywkowej. Ja zajmowałam się przez jakiś czas fonografią muzyki poważnej. Główną moją pasją i zajęciem była jednak Reżyseria Dźwięku w filmie. Jest to wieloczłonowy proces: najpierw nagrywa się dźwięk na planie filmowym, potem ten materiał opracowuje się i czyści w studio, następnie dodaje się wszelkie efekty dźwiękowe, te realistyczne i te abstrakcyjne, potem kładzie się muzykę, a na samym końcu zgrywa się te wszystkie ścieżki dźwiękowe w jedną całość, ustalając proporcje i barwy poszczególnych warstw tak by brzmiały dobrze zarówno w kinie jak i w warunkach domowych.
Praca reżysera dźwięku przy produkcjach filmowych bywa bardzo twórcza i często efekt końcowy filmu opiera się w dużej mierze na warstwie dźwiękowej, mało który widz zdaje sobie sprawę jak bardzo ścieżka dźwiękowa wpływa na percepcję całego filmu. Ale my dźwiękowcy żartujemy, że jeśli widz nie „zauważa” dźwięku, to oznacza, że jest on dobrze zrobiony i właściwie działa na podświadomość widza.

Na planie serialu Doręczyciel z Arturem Barcisiem. Fot. annaiberszer.pl.
Pani aktywność zawodowa to nie tylko znakomite kreacje filmowe i teatralne, ale również muzyka i taniec. Znakomita hiszpańska tancerka Christina Hoyos powiedziała kiedyś, że poprzez flamenco rozwijamy nasze najgłębsze życiowe uczucia: miłość, rozczarowanie, tragedię. Czy Pani także odnajduje te uczucia realizując jedną ze swoich największych życiowych pasji?
Zdecydowanie tak. Trafiłam na flamenco i tango jak już byłam w miarę ukształtowana osobą, na czwartym roku studiów, ale szczerze powiedziawszy to spotkanie odmieniło moje życie. Od lat zajmowałam się muzyką, grałam na fortepianie i organach, ale dopiero taniec pozwolił mi wyzwolić te wszystkie emocje, które kipiały we mnie przez lata. Flamenco jest muzyką, kulturą, która pozwala na pewnego rodzaju ekshibicjonizm emocjonalny, na radość bez granic i rozrywający smutek. Myślę, że w głębi duszy potrzebujemy takiego ujścia emocji i potrzebujemy „pozwolić” sobie na tupnięcie nogą, na krzyk, na nieokiełznanie. A nasza kultura rzadko na to pozwala. Za to tańcząc tango czy flamenco można śmiało się „wykrzyczeć” nie będąc posądzonym o utratę zmysłów – zawsze możemy powiedzieć: „przecież to nie ja, to flamenco…”
Prowadzę zajęcia z tańca i obserwuję, że bardzo wielu ludziom wspaniale zrobiło takie spotkanie z własnymi emocjami. Mogą pobyć sobie z nimi w tańcu, by potem zupełnie spokojnie funkcjonować w codziennym życiu. Bardzo wszystkim polecam.
Wideoklip zespołu PIN z udziałem Anny Iberszer. Źródło: YouTube
Niewielu ludzi ma to szczęście, aby czerpać radość i satysfakcję z wykonywanej pracy zawodowej. Pani to się chyba udaje?
Bezwzględnie! Gdyby ktoś mnie spytał, co bym chciała zrobić z wolnym czasem, to zapewne zaczęłabym snuć opowieści o nowych pomysłach teatralnych i tanecznych. Ja po prostu nie chcę robić niczego innego!
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy aktorstwie. Jaką rolę w kształtowaniu warsztatu aktorskiego, dojrzałości artystycznej pełni teatr?
Podstawową. Można powiedzieć, ze moją szkołą był teatr. Skończyłam prywatną Szkołę Aktorską, ale zakres zajęć był dosyć ograniczony, wiec tak naprawdę uczyłam się aktorstwa w teatrze. Miałam to szczęście, że zaprosił mnie do swoich dwóch spektakli Jerzy Grzegorzewski i mogłam podglądać ze sceny, jak na deskach Teatru Narodowego pracują najznakomitsi polscy aktorzy – to naprawdę olbrzymi dar od losu. Potem dzięki znajomości języka hiszpańskiego trafiłam do Teatru Polonia, pod skrzydła pani Krystyny Jandy i do tej pory uważam to miejsce za mój drugi dom. Tam się nauczyłam mnóstwa rzeczy związanych ze sceną, z aktorstwem, ze wszystkim tym, co kryje się pod słowem „teatr”. Dzięki temu „obyciu” było mi też łatwiej realizować choreografie w spektaklach, porozumiewać się z reżyserami i aktorami, będąc niejako z drugiej strony lustra. To wszystko oczywiście wpływa potem na pracę na planie filmowym – aktor teatralny stara się nie grać „żyćka”, jak to ironicznie nazywamy, tylko rzeczywiście stworzyć jakiś nowy świat, postać, coś, co będzie żywe i wielopoziomowe, a nie tylko „realistyczne”.
Chcielibyśmy jeszcze zapytać o Pani najbliższe plany zawodowe. Czy w te wakacje będziemy mogli Panią zobaczyć na deskach teatru lub podczas występów tanecznych otwartych dla publiczności?
To lato upłynie pod znakiem spektaklu, który powstał w zeszłym sezonie w Teatrze Polonia, przy udziale pani Krystyny Jandy „Flamenco Namiętnie”. Jest to spektakl muzyczny oparty na tekście piosenki Ewy Demarczyk i bazujący na muzyce, śpiewie i tańcu flamenco. Mam do niego szczególnie osobisty stosunek, bo dosyć długo powstawał w mojej głowie i wiele przeżyć osobistych złożyło się na ostateczny kształt tego przedstawienia.
Zagramy go na Placu Konstytucji w Warszawie w dniach 4-8 lipca oraz 4 września pod Teatrem Och, 19 lipca w Kołobrzegu, 24 lipca w Koszalinie, 9 września w Lublinie, 10 września w Przemyślu. 21 lipca w Tarnowie zainaugurujemy projekt „Tango Flamenco” łączący muzykę flamenco i tango argentyńskie. Za to już od września zapraszam na „Boską” w Teatrze Polonia i „Mistrza i Małgorzatę” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Mamy jeszcze w planach spektakl teatralny związany z inną postacią kobiety-latynoski, który zapowiada się bardzo gorąco, ale o tym na razie cicho-sza…
Wszystkie te wydarzenia można na bieżąco obserwować na mojej stronie internetowej – zapraszam.
Przy tak wielu projektach artystycznych, w które jest Pani zaangażowana na pewno trudno znaleźć kilka dni na wypoczynek. Jeśli jednak uda się zaplanować krótki urlop, dokąd najchętniej Pani podróżuje i dlaczego właśnie tam?
Do Sevilli, ponieważ jest to przepiękne miejsce i mogę tam obcować z flamenco – spędzam tam średnio jeden miesiąc w roku, tańcząc 4-5 godzin dziennie w szkołach tańca i chłonąc „ducha flamenco”.
Do Buenos Aires, bo tam spędzam dni i noce tańcząc tango, prawdziwe namiętne tango…
Wszędzie tam gdzie mówi się po hiszpańsku – bo kocham ten język.
Na Kubę i do Meksyku – bo tam ludzie są bardziej dzicy, biedni i dużo sobie bliżsi, a przyroda daję wszystko co do szczęścia potrzebne.
Do Włoch, bo tam ciągnie mnie moja krew „ćwierć-włoszki”
Pod wodę – bo tam odpływam, odcinam się od wszystkiego, jestem wolna.

Cuba Varadero 2007. Fot. annaiberszer.pl.
Czujemy się zaszczyceni, że zgodziła się Pani poświęcić swój czas i odpowiedzieć na nasze pytania. Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy wielu sukcesów w życiu zawodowym i prywatnym.
Dziękuje, cała przyjemność po mojej stronie. Czuję się zaszczycona, że Ranczersi traktują mnie, jak „swoją”, mam nadzieję, że Francesca Was nie zawiedzie.
Dużo więcej ciekawych informacji oraz zdjęć, a także aktualności znajdziecie na stronie internetowej Anny Iberszer. Serdecznie polecamy: www.annaiberszer.pl.




ciekawe jak Solejukowała uczyłaby polskiego , ona ma fajny podlaski akcent.
Czyżbyście zapomnieli, że uczył polskiego w szkole
Kto wie, czy nie lepiej od Kazimiery




Nowości










